Co słychać u...

Patrycja Czepiec-Golańska: Udział w Igrzyskach Olimpijskich był wspaniałym przeżyciem!

Dodano: 2014-04-09 00:56:43 (aktualizacja: 2014-04-09 21:19:02)
Paweł / WislaLive.pl
fot. historiawisly.pl

Patrycja Czepiec-Golańska przez wiele sezonów ze sporym powodzeniem występowała w barwach Wisły Kraków, zaliczyła także bogaty rozdział reprezentacyjnej kariery, zdobywając złoty medal na mistrzostwach Europy (1999) i uczestnicząc na Igrzyskach Olimpijskich w Sydney (2000). Od kilku lat była znakomita koszykarka jest menedżerem wielu zawodniczek, występujących nie tylko w polskiej ekstraklasie.

Jak wyglądały początki Pani kariery koszykarskiej?

Zupełnie przez przypadek. Pojechałam na wczasy z moją pierwszą trenerką, nieżyjącą już, Wandą Pacułą. Zauważyła, że cały dzień grałam w... piłkę nożną. Nie spełniłam się jako gimnastyczka, a to była dyscyplina mojej mamy (mama Patrycji Czepiec – Wiesława Lech, była gimnastyczką krakowskiej Wisły, uczestniczką Igrzysk Olimpijskich w Meksyku w 1968 roku – przyp. autor), więc szukałam innych sportów. Postanowiłam przyjść na trening koszykarski. Miałam wielkie szczęście, że trafiałam na świetnych fachowców albo wspaniałych nauczycieli. W mojej szkole podstawowej uczyła - grająca kiedyś w Wiśle - pani Michalska, która utworzyła drużynę koszykarek. Potrafiłyśmy ograć zespoły, które nie były już tylko szkolnymi, jak choćby ówczesne Podgórze – obecnie to Korona Kraków. Złapałam bakcyla – wiadomo, to wspaniały sport.

A jak wspomina Pani swoje początki w pierwszej drużynie Wisły?

Zaliczyłam dość wczesny debiut w ekstraklasie, bo już gdy miałam 15 lat, trener Zdzisław Kassyk wpuścił mnie na parkiet w meczu z ŁKS-em w Łodzi. Cały czas ćwiczyłam w swoich grupach wiekowych – kadetek, a następnie juniorek, mając także możliwość trenowania z pierwszym zespołem, co dawało mi bardzo wiele. Nie brakowało tam znakomitych zawodniczek, jak choćby Marty Starowicz czy Grażyny Seweryn.

Mając 20 lat wyjechała Pani na studia w USA. Co powie Pani o tym okresie w swojej karierze? Szkoła koszykówki i szkoła życia?

Na pewno. W tamtych czasach były mniejsze niż dzisiaj możliwości wyjazdu do USA. Nie ukrywam, iż w pewnym stopniu wpływ na taką sytuację miał pobyt za Oceanem mojej rodziny. Studiowałam i grałam na University of California w Berkeley, czyli na bardzo renomowanej uczelni, zaliczanej do amerykańskiej czołówki. Dodatkowo, mój uniwersytet grał w jednej z najsilniejszych konferencji, dzięki czemu trafiłam do dość mocnej ligi.

Po zakończeniu studiów wróciła Pani do Wisły. W 1999 roku, „Biała Gwiazda” zdobyła wicemistrzostwo Polski. Czy można było wtedy sięgnąć po złoto?

Ówczesna Fota Porta (później Lotos) Gdynia miała niezwykle mocną drużynę, której główną postacią była Małgosia Dydek, do tego dochodziły Amerykanki. W naszym zespole nie było zawodniczek zza Oceanu. Tworzyłyśmy mocną i zgraną ekipę, w której najwięcej znaczyły Gienia Nikonowa, Krysia Szymańska-Lara czy Ania Wielebnowska.

W tym samym roku wraz z reprezentacją Polski wywalczyła Pani mistrzostwo Europy.

To był piękny okres, nie da się tego zamienić na nic innego. Bardzo duży wpływ na ten sukces, który automatycznie dawał nam kwalifikację olimpijską, miała wspaniała atmosfera w drużynie. Nie było jakiejś wielkiej presji, a wtedy łatwiej się gra. Szkoda tylko, że ten sukces w ogóle nie został wykorzystany marketingowo. Nasz mecz finałowy pokazała dopiero po trzech dniach Wizja TV, która była jedyną stacją telewizyjną, mającą prawa do transmisji.

A jak wspomina Pani udział w Igrzyskach Olimpijskich w Sydney?

Było to niesamowite przeżycie, nieporównywalne z niczym innym. Nie dziwię się, że jest to marzenie każdego sportowca. Znalezienie się na Olimpiadzie stanowi olbrzymie wyróżnienie. Trafiłyśmy świetnie, wszystko zostało perfekcyjnie zorganizowane. Działało wielu wolontariuszy, którzy byli bardzo zaangażowani. Na każdym kroku dało się zauważyć, że dla Australijczyków jest to wielkie święto, a Sydney to miasto Igrzysk. Atmosfera była cudowna.

W późniejszych latach Wisła obniżyła poziom, a Pani odeszła z Krakowa.

Zgadza się. Przeniosłam się do Łączności Olsztyn, a w tym samym sezonie zagrałam także w Meblotapie Chełm. W 2003 roku zdecydowałam się powrócić do rodzinnego miasta. Wówczas Wisłę zaczęła finansować firma Can-Pack, dzięki czemu powstała perspektywa zbudowania mocnej drużyny. Jej trenerem został Wojciech Downar-Zapolski. Nie da się ukryć, że wsparcie strategicznego sponsora stanowiło główny motor napędowy do realizacji wytyczonego celu. Nie było już bowiem problemów finansowych, pojawiła się możliwość ściągnięcia dobrych zawodniczek. Po pierwszym sezonie pozostał pewien niedosyt, gdyż nie udało się zdobyć medalu. Przed kolejnym – 2004/2005 - doszło do sporych wzmocnień. Przybyły m.in. Shannon Johnson, Jelena Skerović i Iva Perovanović. Zadebiutowałyśmy w Eurolidze i sięgnęłyśmy po wicemistrzostwo Polski.

W połowie następnych rozgrywek zawiesiła Pani karierę z powodu ciąży. Czy po urodzeniu dziecka nie zamierzała już Pani powrócić na koszykarski parkiet?

Szczerze mówiąc, nie myślałam o tym. Może jedynie próbowałam pograć amatorsko, ale chciałam się skupić na rodzinie, zwłaszcza że zostałam mamą - patrząc statystycznie - dość późno.

Jak doszło do tego, że została Pani menedżerem?

Trochę zdecydował o tym przypadek. Ania Wielebnowska, grająca wtedy w belgijskim Namur, zamierzała powrócić do Wisły. Prosiła mnie o pomoc, pytając, co o tym sądzę. Ktoś podpowiedział, że skoro znam angielski, będzie mi łatwiej. Wkrótce zdałam egzaminy i w ten sposób stałam się menedżerem z licencją FIBA. Stwierdziłam, że być może to faktycznie jest zajęcie dla mnie, zwłaszcza że godziny pracy są nienormowane, co przy mojej sytuacji rodzinnej miało znaczenie. Zaczęły przybywać kolejne zawodniczki. Obecnie współpracuję z agencją w USA, gdzie z racji studiów miałam już wcześniej kontakty, które zaczęły przynosić efekty.

Ile zawodniczek jest obecnie pod Pani opieką?

Polskich około 25, natomiast Amerykanek cała rzesza. Wiele z nich grało w tym sezonie lub poprzednich w polskiej ekstraklasie.

Wspominała Pani o plusach tej pracy. A jakie są minusy?

Na pewno nie brakuje dużej presji i stresu. Moim głównym zadaniem jest znalezienie zawodniczce odpowiedniej drużyny – zawsze oczywiście staram się, aby był to jak najlepszy wybór. Najtrudniejsze są te momenty, kiedy klub po prostu upada, co już się zdarzało. Czasem jeszcze można znaleźć nowy zespół, ale jeśli problemy finansowe zaczną się na przełomie stycznia i lutego, wówczas sytuacja jest tragiczna. Jako była zawodniczka, wiem, jak ważna jest gra w stabilnym klubie, nie mówiąc już o tym, że przenosiny podczas sezonu nie są korzystne. Przejście do innej drużyny w trakcie rozgrywek powoduje przecież, że koszykarka musi szybko wdrożyć się w nowy system.

Czy myślała Pani o pracy w zawodzie trenera?

Mam papiery trenerskie – ukończyłam kurs trenerski na krakowskiej Akademii Wychowania Fizycznego. Jednak uważam, że jest to bardzo nerwowa praca, jeden z najbardziej niewdzięcznych zawodów. Patrzę już nawet nie pod kątem tego, że taką pracę wykonuje mój mąż (Artur Golański jest drugim trenerem drużyny koszykarek Wisły Can-Pack – przyp. autor), ale również w kontekście trenerek z USA, które prowadziły mnie podczas studiów. Poświęca się na to zajęcie bardzo wiele czasu – nie ma takiej opcji, że trener poprowadzi 2-godzinny trening i wraca spokojnie do domu. Trzeba jeszcze spędzić wiele godzin na bardzo dokładnej analizie meczu, statystyk, wyszukiwaniu najdrobniejszych szczegółów. Trener musi być cały czas na bieżąco.

Katarzyna Krężel napisała na Uniwersytecie Jagiellońskim pracę podyplomową na temat roli menedżera sportowego w koszykówce kobiet. Rozumiem, że opierała się nieco na Pani doświadczeniach?

W pewnym stopniu tak. Przekazałam jej niezbędne informacje, jednak Kasia bardzo dobrze poradziła sobie z tym zadaniem, posiadając wiedzę z różnych źródeł.

Jak porównałaby Pani obecny poziom ekstraklasy koszykarek w stosunku do tego, jaki był w czasach, gdy Pani grała?

Wydaje mi się, że wówczas nie było takiej dysproporcji między czołówką a dolnymi rejonami tabeli. Notowane obecnie różnice w kilku meczach – nie tylko Wisły z MKS MOS Konin, ale także ponad 50-punktowa wygrana Artego Bydgoszcz z tym samym zespołem, niekoniecznie dobrze wpływają na tę dyscyplinę sportu, w sensie budowania pewnego wizerunku. Dzieje się tak, ponieważ jeden klub posiada budżet pozwalający na udział w Eurolidze i kontraktowanie bardzo dobrych zawodniczek, natomiast inny boryka się z problemami i chce od początku sezonu jedynie dokończyć rozgrywki, aby tylko mieć pewność, że są pieniądze na wyjazdy czy wynagrodzenia. Kiedyś natomiast dla czołowych drużyn wyjazd nawet do Starachowic – bo taki klub był - wiązał się z tym, że czekał je bardzo zacięty mecz. Nawet przyjazd Wisły nie oznaczał, iż miejscowe odpuszczą. Teraz pod tym względem jest inaczej.

Czy synowie pójdą w ślady mamy i taty? Myślą o karierze koszykarskiej?

Nie będziemy ich do niczego zmuszać, w przyszłości zdecydują. Na razie są na etapie fascynacji Leo Messim czy Cristiano Ronaldo. Starszy syn nieco złapał koszykarskiego bakcyla - w swojej szkole podstawowej ma możliwość chodzić na zajęcia Radwan Sport. Są to wspaniale, bardzo fajnie prowadzone zajęcia, podczas których dzieciaki jednocześnie bawią się i troszkę uczą.


 

Rozmawiał: Paweł



Spokojny i waleczny - wywiad z Rafałem Boguskim

Jeszcze wczoraj wydawało się, że przygoda Rafała Boguskiego dobiega końca. Dziś "Boguś" negocjuje nowy kontrakt i wszystko wskazuje na to, że zostaje z nami na kolejny sezon! 

Blog - Kuba Błaszczykowski
Pozostałe blogi
Blog - Justyna Żurowska-Cegielska
Blog - Radwansport
Blog - Karolina Surma
Blog - Tomasz Sarara