Legendy Białej Gwiazdy

Legendy Białej Gwiazdy - Andrzej Sykta

Dodano: 2013-05-18 17:53:42 (aktualizacja: 2013-05-20 18:11:52)
Marco / WislaLive.pl / FORZA WISŁA
fot. historiawisly.pl

Andrzej Sykta blisko dekadę z dumą reprezentował barwy Białej Gwiazdy. Niezwykle utalentowany, ofensywnie usposobiony zawodnik rozegrał dla klubu z Reymonta 187 spotkań, w  których zdobył 40 bramek. Statystyka równie imponująca, co umiejętności gracza, który - jak sam przyznaje - piłkarsko nie czuje się do końca spełniony. Przypadek? Zrządzenie losu? A może... tak miało być? Przed Wami historia wielkich możliwości, które nie miały szans na lot do krainy snu.

ULICZNE POCZĄTKI

Andrzej Sykta urodził się dokładnie 9 września 1940 roku w Krakowie. Czas okupacji niemieckiej nie był przyjacielem udanego dzieciństwa, rozrywek było jak na lekarstwo. Szczęśliwie to jakość, a nie ilość ma wartość, a że futbol jako forma spędzania wolnego czasu posiada wszelkie możliwe znaki "Q", wybór naszego bohatera wydawał się ze wszech miar trafny: Nie było wtedy innego zajęcia, wszystko opierało się o piłkę. Grało się na boisku, na plantach, na ulicy. Sport był wtedy taką odskocznią od szarości dnia codziennego. Jako "ulicznicy" graliśmy w rozgrywkach dzikich drużyn. Wiele godzin spędzało się  również w tzw. "świetlicy", która znajdywała się przy każdym niemal klubie. Tam graliśmy w pin-pong, bilard, słuchaliśmy radia...no tak, bo tylko tam ono się znajdowało...

Klubem wybranym, bo najbliższym, był Nadwiślan. To tam młody Andrzej stawiał swoje pierwsze piłkarskie kroki, tam przeżywał pierwsze wzloty i upadki, tam podpisał pierwszą w swoim życiu umowę: To było takie naturalne przejście, z kolegami spędzaliśmy tam kupę wolnego czasu i w momencie tworzenia grupy trampkarskiej po prostu dostaliśmy propozycję gry w Nadwiślanie. Podpisaliśmy aneksy i tak to się wszystko zaczęło. Moim pierwszym trenerem był Pan Bogusław Łodziak.

Legendy Białej Gwiazdy - Adam Musiał

Pan Andrzej pamięta nie tylko  pierwszego, ale i pozostałych swoich szkoleniowców z lat młodości, niemniej jednak nie uważa, by któryś z nich odcisnął na nim jakieś swe szczególne piętno. Jak twierdzi, umiejętności w tamtych czasach doskonaliły się samoistnie - poprzez częstą grę. Ta zaś ruszała równo z dzwonkiem kończącym lekcje. To właśnie ów drażniący dźwięk oraz kawałek wolnej przestrzeni był swoistym sacrum, połączeniem idealnym stanowiącym źródło szczęścia dla niezliczonej rzeszy, żądnych piłkarskiego upojenia, chłopięcych dusz.

PRZEZ FLORIAŃSKĄ NA REYMONTA

Juniorskie lata były dla utalentowanego Sykty czasem - śmiało rzec można - przełomowym. Liczne powołania od selekcjonera Karola Bieleckiego do reprezentacji juniorów Krakowa, były bowiem ogromną szansą na autopromocję, wpadnięcie w oko futbolowym decydentom. Szybki jak błyskawica łącznik z Nadwiślana swoimi kolejnymi ponadprzeciętnymi występami wywarł spore wrażenie na działaczach...Cracovii. Kilka tygodni pobytu na obiekcie przy ul. Kałuży nie dały mu jednak przepustki do pierwszej drużyny, zawodnik powrócił do macierzystego klubu. Przyszedł czas na ruch Wisły: Nawet nie wiem jak to do końca wyglądało, ciężko mi powiedzieć, kto pilotował całą sprawę. Wiem, że jakieś negocjacje toczyły się w gabinecie na ulicy Floriańskiej i niebawem w wieku19 lat trafiłem do Wisły. Dobrze się stało, bo byłem kibicem Białej Gwiazdy. W sumie nie wiem dlaczego, ale tak właśnie było.

Był dokładnie rok 1959, gdy Sykta przechodził do klubu - legendy, uznanej marki, która jednak bez poważniejszych  sukcesów pozostawała już od kilku  dobrych sezonów. Sezonów w których nadal obowiązywał system gry wiosna-jesień. I właśnie o najpiękniejszej porze roku, a konkretniej w kwietniu, przyszedł czas debiutu. W piątej kolejce Wisła podejmowała Pogoń. Pewna wygrana 4:0 nie oznaczała jednak dla Sykty niczego dobrego. Zawodnik zagrał jeszcze raz, w serii spotkań nr 8, mecz skończył się wynikiem identycznym, z tymże z wiktorii cieszyli się gracze bytomskiej Polonii: Oba mecze nie były szczególnie udane w moim wykonaniu i to trzeba przyznać. Do tego zagrałem na pozycji prawoskrzydłowego, a jednak łącznik był tą rolą, w której najlepiej się odnajdywałem. Również fakt, że byłem nowy miał swoje znaczenie. Taką akceptację w drużynie zyskałem dopiero na jesień, gdy udało mi się strzelić kilka bramek.

Legendy Białej Gwiazdy - Mieczysław Gracz

Początki nie były zatem nazbyt przyjemne, zawodnik został odsunięty  od pierwszej drużyny, lecz już latem, tuż przed początkiem rundy rewanżowej został przywrócony do głównego zespołu. Mecz z Polonią Bydgoszcz  zdobyta bramka i wygrana 4:0 stały się kartą wstępu do pierwszej jedenastki na wiele sezonów. To była dobra runda, kilka zdobytych goli pozwoliło mi na lepszą aklimatyzację w drużynie, zyskanie jej zaufania. Pierwsze trafienie było przełomowe, krótko rozegraliśmy rzut wolny, uderzyłem zza szesnastki no i wpadło.

SPADEK, CZYLI NIC NIE WIADOMO

A jak już "wpadło" raz, tak wpadało wielokrotnie w sezonach następnych, w czym wydatnie pomagała wrodzona szybkość naszego bohatera: Muszę przyznać, że miałem ten ciąg na bramkę. Tak to się wtedy nazywało. Wychodziłem na prostopadłe piłki, albo sam wypuszczałem ją przed siebie i zwłaszcza jak obrona była "rzadsza" to zostawiałem ją za sobą -  z rozbrajającą szczerością wyznaje Pan Andrzej. Jednocześnie przyznaje, iż gdy samemu przychodziło bronić nie wychodziło mu to najlepiej: Orłem na pewno nie byłem.
Sykty filarem defensywy zatem określać nie można, wydaje się jednak, że nie tylko to było głównym powodem przeciętnych wyników Białej Gwiazdy w latach 60'. Brak konkretnych działań spowodował, że mistrzowska drużyna stała się  w owym czasie ligowym przeciętniakiem, ekipą bez wyrazu i należnego jej blasku. Kolejne lata nie przynosiły sukcesów, klubowej gablocie nie przybyło trofeów, nadchodził czas katastrofy... W 1964 roku chłopcy z Reymonta spadli do 2. ligi: Nie wiem jak to się stało, choć kilka powodów pewnie by się znalazło. Wisła generalnie w tamtych czasach nie była mocna finansowo. Najlepsi gracze szli na Śląsk lub do Warszawy. Trzeba przyznać, że nie mieliśmy wtedy wyrównanego składu. Może gdyby przyszło 3-4 graczy już na konkretnym poziomie, to ta gra wyglądałaby inaczej.

Legendy Białej Gwiazdy - Józef Kohut

Bezpośrednio o degradacji zadecydował ostatni - zremisowany 3:3 - mecz z Górnikiem. Katem okazał się Roman Lentner, który wyrównującego gola zdobył tuż przed końcem spotkania. Spotkania, które, jak się okazuje, mogło wyglądać zupełnie inaczej: W tamtych czasach też się zdarzało, że jakieś mecze się układało. Na pewno jednak nie tak jak dzisiaj, gdzie skala jest nieporównanie większa. Wówczas odbywało się to głównie w sferze zawodników, jeśli ktoś chciał komuś puścić mecz to dogadywali się między sobą. Co do naszego remisu, to nikt dokładnie nie wie jak to się stało. Były fragmentu meczu, gdy wydawało się, że nam sprzyjają - jak te karne których nie było - ale były również momenty, kiedy nie zawsze dany obrońca musiał obronić , a jednak to robił. Także nie wiadomo, kto, co, jak i kiedy.

A PO DERBACH DO "PAFIKA"!

Sporą "zasługę" w spadku do niższej klasy rozgrywkowej miał czechosłowacki trener - Karel Kolsky - który postanowił ucieleśnić znaną maksymę "miłe złego początki". Jak bowiem Sykta przyznaje, zagraniczny szkoleniowiec zaczął całkiem nieźle, by wkrótce na stałe zapisać się na czarnych kartach historii Białej Gwiazdy. Na szczęście szybko się zmobilizowaliśmy, działacze stanęli na wysokości zadania, nikt nie odszedł, doszło parę nowych twarzy m.in. bramkostrzelny Rusinek - wspomina Pan Andrzej, który w tamtym czasie był wiodącą postacią drużyny. Liczne bramki oraz asysty były bezcenne w sezonie, którego cel mógł być tylko jeden - powrót do ekstraklasy. Tak też się stało, a mogło być jeszcze piękniej, bo rozpędzona Wisła rok później zajęła drugie miejsce w tabeli ekstraklasy. O mistrzostwie jednak mowy być nie mogło. Poza zasięgiem całej ligowej śmietanki była wisienka z Zabrza, czyli Górnik - absolutny hegemon polskiej piłki kopanej w latach 60'.

Legendy Białej Gwiazdy - Marian Machowski

Skoro nie było szans na nawiązanie do chwalebnych czasów trenera Kuchynki, należało szukać dodatkowych pokładów wrażeń i emocji tam gdzie nigdy ich nie brakowało i brakować nie będzie. Derby. Tak jak dziś, również kilkadziesiąt lat temu były tym, co najbardziej elektryzowało futbolową publikę. W Krakowie oprócz słynnej Świętej Wojny pomiędzy Białą Gwiazdą i jej pasiastą "koleżanką", dochodziło również do rywalizacji wymienionych klubów z nieco zapomnianą już dzisiaj Garbarnią: W takich spotkaniach nie było żadnych odpuszczeń, choćby dlatego, że narażano się na późniejsze docinki ze strony zwycięzcy. Nie było też jednak takich złośliwości, jakie dziś mają miejsce na boisku. Kiedyś zagranie określane mianem brutalnego, obecnie jest na porządku dziennym. Jeśli chodzi o jakieś konkretne spotkanie, to pamiętam derby z Garbarnią w II lidze. Graliśmy u nich, przyszło mnóstwo ludzi. Mecz był naprawdę dobry, prowadziliśmy 3:2, ale w końcówce Leśniaka oślepiło słońce i dał sobie wbić trzeciego gola. Po derbach piłkarze często spotykali się ze sobą. Królowały wówczas takie miejsca jak "Pafik" i "Kopciuch".  Ja chodziłem na kawę do tego pierwszego. Był też inne lokale, ale tu nie ma sensu o nich mówić -  z uśmiechem wspomina Sykta.

REPREZENTANT SŁABEGO KLUBU

Andrzej Sykta był wyróżniająca się postacią Wisły lat 60'. Dynamiczne rajdy, zapadające w pamięć gole i asysty były znakami rozpoznawczymi filigranowego gracza. Na swoje nieszczęście trafił on na chude lata przy Reymonta. Nieszczęścia mają to do siebie, że chodzą parami. Mowa tu o reprezentacji, wszak wydaje się, iż błyskotliwy łącznik mógł liczyć na coś więcej niż  tylko dwa występy w narodowej kadrze: Miło wspominam okres występów w reprezentacji młodzieżowej. Zaliczyłem jakieś 15-20 spotkań. Trenował nas Kazimierz Górski. Jeśli chodzi o pierwszą drużynę to zagrałem w meczu z Finlandią i zdaje się, że z Marokiem. W pierwszym strzeliłem nawet bramkę. Kto nas wtedy prowadził? To było takie dziwne połączenie, bo kapitanem związkowym był Czeslaw Krug i on z Jeanem Prouffem zajmowali się nami. Właśnie Francuz dał mi szansę, lubił postawić na młodych.

Legendy Białej Gwiazdy - Stanisław Flanek

Był rok 1959 i wydawało się , że gol w debiucie będzie przepustką do wielkiej reprezentacyjnej kariery. Stało się inaczej: Żeby być etatowym reprezentantem trzeba grać w dobrym klubie. Nie mam jednak do losu żadnego żalu. Wtedy człowiek cieszył się, że w ogóle trafił do zespołu ligowego. Swoje robiła również konkurencja, gdyż pozycję skrzydłowego - bo taką Sykcie przewidziano w narodowej kadrze - okupował Zygmunt Gadecki. Był lepszy? Grał w Legii...Klub był podstawą  - podsumowuje Sykta.

PROBLEMY Z HISTORIĄ

Powołania na kadrę więcej nie przychodziły. Pan Andrzej mógł się skupić wyłącznie na klubie. W nim to po pewnym czasie postanowiono przypomnieć mu pozycję skrzydłowego, na której występował już do końca swoich wiślackich dni. Był rok 1968: Nie chciałbym tego raczej wspominać. Rozstanie było nieprzyjemne. Tak zadecydowano. Ostatnie dwa sezony walczyliśmy o ekstraklasowy byt i tylko jakimś cudem udało nam się uratować. Potem zaczęto ściągać nowych piłkarzy, przyszedł m.in. Hausner. Jedni przychodzili drudzy musieli więc odejść. Gdyby to ode mnie zależało, to na pewno bym został, ale już wcześniej miałem informacje, że "góra" myśli o rezygnacji z mojej osoby. To się zawsze rozgrywało między panami milicjantami...

Legendy Białej Gwiazdy - Władysław Kawula

"Rozgrywka" doprowadziła do zakończenia blisko 10-letniej przygody z klubem z Reymonta. Pan Andrzej kontynuował karierę w Motorze Lublin, Wisłoce Dębica i przez krótki okres zagranicą, we francuskich AC Cambrai i US Creteil. W tym ostatnim, już jako grający instruktor amatorskich drużyn, definitywnie zakończył swą przygodę z futbolem w roku 1978.

Co do tych wszystkich lat związanych z piłką, to pozostał mi pewien niedosyt. Zwłaszcza sposób, w jaki się ze mną pożegnano do dziś budzi we mnie niesmak. Takie zachowania rzutują potem na to czy pozostaje się kibicem danego zespołu czy też nie. Teraz wcale nie jest lepiej. To traktowanie swoich byłych graczy nadal szwankuje. Nie bierze się dobrych przykładów z klubów zachodnich gdzie piłkarze tworzą pewną historię. To jest pewna ciągłość, której moim zdaniem dzisiaj w Wiśle brakuje.

Czy brakuje, ciężko oceniać coś w tym jednak musi być, skoro kolejny były piłkarz Białej Gwiazdy zwraca uwagę na ten właśnie aspekt.

Legendy Białej Gwiazdy - Kazimierz Kmiecik

Pan Andrzej chciałby aby Wisła wróciła do swojej historii i potrafiła docenić tych, którzy ją tworzyli.

Maciek (Forza Wisła, styczeń 2010)



Spokojny i waleczny - wywiad z Rafałem Boguskim

Jeszcze wczoraj wydawało się, że przygoda Rafała Boguskiego dobiega końca. Dziś "Boguś" negocjuje nowy kontrakt i wszystko wskazuje na to, że zostaje z nami na kolejny sezon! 

Blog - Kuba Błaszczykowski
Pozostałe blogi
Blog - Justyna Żurowska-Cegielska
Blog - Radwansport
Blog - Karolina Surma
Blog - Tomasz Sarara