Legendy Białej Gwiazdy

Rekordzista z Reymonta

Dodano: 2012-12-31 21:34:31 (aktualizacja: 2013-01-01 16:42:54)
(MARCIN) / WislaLive.pl

14 pełnych sezonów, 304 niezastąpione występy ligowe, 153 magiczne bramki. Liczby przyprawiające o zawrót głowy? Z pewnością nie tak mocny, jakiego doświadczali kolejni bramkarze ligowi, którym w latach 70-tych i na początku lat 80-tych przychodziło się mierzyć z najlepszym snajperem Białej Gwiazdy, 34-krotnym reprezentantem Polski, bodaj najbardziej rozpoznawalnym graczem z tercetu panów "K". Chyba już wszyscy wiedzą. W legendarnym cyklu przyszedł czas na Kazimierza Kmiecika.

Dzika siła

Urodził się 19 września 1951 roku w Węgrzcach Wielkich. I właśnie w rodzimej wiosce, sytuującej się nieopodal Krakowa, rozpoczęła się jego wielka, piłkarska przygoda: Zaczynałem jako mały chłopiec. Po szkole zawsze graliśmy przynajmniej godzinę. Zwykle rywalizowaliśmy między klasami, wiek nie miał znaczenia. Często starsi grali na młodszych. Grał każdy, kto chciał. A zatem młody Kazio już od najmłodszych lat uganiał się za piłką, mimo, iż jego rodzina nigdy wcześniej nie posiadała jakichś większych tradycji w tej sferze. Jedynie wujek, widząc zapał malca, starał się jakoś podsycać powoli rodzącą się miłość do futbolu. Robił to poprzez wspólne wypady na mecze, czy też zwyczajną grę. 
Do LKS Węgrzcanki trafił w wieku 10 lat. Daleko nie miał. Dom od boiska dzieliło raptem 50 metrów. Sport to jednak nie odległości a chęci, o czym podświadomie już wiedział późniejszy czterokrotny król strzelców polskiej ekstraklasy. No, ale po kolei.
Młodzieniec dorastał, a zamiłowanie do piłki nie słabło. W trakcie jednego z popularnych wówczas wyjazdów kolonijnych, zorganizowano turniej dzikich drużyn. Nastoletni Kazimierz postanowił wziąć udział w zawodach: Zebrałem tam swoją drużynę, wypadliśmy całkiem nieźle i właśnie zaraz potem zgłosiła się po mnie Cracovia. W niej spędziłem następne dwa i pół roku. Kazimierz Kmiecik to więc kolejny namacalny przykład ukazujący, jaką siłę przebicia stanowiły wówczas wspomniane rozgrywki dzikich drużyn. Wiślacka legenda żałuje, że obecnie nastolatki zupełnie inaczej podchodzą do wielu spraw: Teraz młodzież w ogóle nie gra na Błoniach, mało jest też tego typu rozgrywek, bo się nikt nie zgłasza. Kiedyś grało się po kilka ładnych godzin dziennie, ale młodych to dzisiaj nie interesuje, wolą ten czas spędzić np. przed komputerem. 

Na właściwą stronę Błoń

W dzisiejszych czasach transfery z Cracovii do Wisły i na odwrót praktycznie nie istnieją. Animozje między obydwoma klubami są zbyt silne, aby nad ewentualnymi "przenosinami" ot tak przejść do porządku dziennego. Kiedyś, gdy takowe wymiany stanowiły normę, Kazimierz Kmiecik się po prostu dostosował: Pojechałem na mecze reprezentacji juniorów, gdzie spotkałem się z Krzyśkiem Obrzanowskim. On już wtedy grał w Wiśle. I w czasie powrotu z jednego ze spotkań zaproponował, żebym spróbował swych sił na Reymonta. Krzysiek też szepnął wtedy "słówko" trenerowi Kurdzielowi, który wtedy wyszukiwał młodych i obiecujących graczy dla Białej Gwiazdy. Spodobałem się i tak trafiłem do Białej Gwiazdy. 
Trójkolorowy bombardier nie zgadza się z opinią, że Cracovia była wówczas podrzędną drużyną wobec Wisły. Wymiany zawodników były obustronne. Obojętnym nie pozostawał jednak fakt, że to Wisła święciła większe sukcesy, osiągała lepsze wyniki, poprzez co była o wiele bardziej łakomym i pożądanym kąskiem przez piłkarzy.

fot. P. Krassowski, pocztówka kolekcjonerska z 1981 roku / historiawisly.pl

Czcij starszego i kolegę jego

Z racji młodego wieku Kmiecik, początki swojej przygody z Wisłą, kojarzy głównie z sekcją juniorską. Już wtedy jednak uznawany był za spory talent i raz po raz dostawał szanse trenowania z pierwszą drużyną. Na debiut nie musiał długo czekać. Była wiosna 1968 roku. Biała Gwiazda broniła się przed spadkiem do II ligi: To była ostatnia kolejka. Wygraliśmy wówczas z Szombierkami w Bytomiu 2-0, ale wiadomość o utrzymaniu zastała nas dopiero na kolacji w Katowicach. Pogoń wygrała z ŁKS-em, dzięki czemu ekstraklasa została wówczas w Krakowie. Dla mnie to była podwójna radość, bo zadebiutowałem w wygranym meczu i na dodatek pozostaliśmy w najwyższej klasie rozgrywkowej.
Piłkarz pytany o aklimatyzację w pierwszej drużynie nie przypomina sobie większych problemów. Potwierdza jednak, że dawniej wyglądało to zupełnie inaczej niż obecnie. Potrzebny był odpowiedni charakter oraz umiejętność okazywania szacunku "starszyźnie": Gdy, jakiś starszy gracz coś przykazał, to trzeba to było zrobić i koniec. Dodatkowo ja swoją osobą nie pokazywałem, że coś mi nie pasuje. Robiłem swoje, chciałem grać w piłkę i tyle. Dlatego przyjęto mnie dosyć serdecznie.

Wrzutka, strzał i gol - proste?

"Suchy" (boiskowy pseudonim Kmiecika) bardzo szybko stał się czołową postacią Białej Gwiazdy. Regularnie strzelane bramki budziły strach w oczach kolejnych golkiperów, którym przyszło rywalizować z wiślackim snajperem. Pan Kazimierz doskonale jednak pamięta, którzy bramkarze sprawiali mu najwięcej problemów: Szeja, Grotyński, Szykuła, później przecież też Tomaszewski. Ale zawsze można było przecież znaleźć jakiś sposób. Z obrońców to na pewno nie zapomnę Guta. On przecież grał w reprezentacji, był na Olimpiadzie, na Mistrzostwach Świata. W lidze występował w Odrze Opole i zawsze, gdy graliśmy przeciwko sobie, to był moim "plastrem". Co przyjąłem piłkę, to on był przy mnie.
W karierze Kmiecika były też przyjemniejsze momenty, jak na przykład współpraca z Wróblem: Wiadomo było, że jak zbiegnie do linii bocznej, to ja miałem być na rogu "piątki". Dorzucał i tak się kończyło - z rozbrajającą szczerością wyznaje napastnik.
Tak się kończyło raz, drugi, trzeci, aż w 1978 roku Biała Gwiazda sięgnęła po Mistrzostwo Polski. Malkontenci spytają, dlaczego dysponująca wówczas mocnym składem Wisła tylko raz w tamtym okresie pokusiła się o stanięcie na najwyższym stopniu podium...: Były takie kluby jak Legia czy Górnik, które przebijały nas finansowo. Ściągali zawodników z całej Polski. Wisła natomiast bazowała na wychowankach. Fakt, że szkolenie było wtedy znakomite, jednak brakowało 2-3 indywidualności z zewnątrz, które pociągnęłyby tą drużynę jeszcze wyżej - wyjaśnia Kmiecik. 

źródło: historiawisly.pl

Międzynarodowy niedosyt

W klubie jego gwiazda świeciła pełnym blaskiem. Kolejne spektakularne występy doprowadziły do regularnych powołań do drużyny narodowej. Tam już jednak nie było tak kolorowo, i choć z pewnością o porażce mowy być nie może, to jednak w reprezentacji nigdy nie udało mu się osiągnąć takiego statusu, jaki posiadał pod Wawelem. Lata 70-te to wspaniały okres polskiego futbolu, obfitujący we wspaniałe talenty i indywidualności. Paradoksalnie było to największe przekleństwo Kmiecika: W kadrze była bardzo duża rywalizacja. Na dodatek trener stawiał na tych bardziej zgranych, występujących w jednym klubie. Lato grał z Szarmachem, a Gadocha z Deyną. Wcześniej byli też przecież Lubański czy Domarski. Było naprawdę ciężko, zwykle byłem zmiennikiem dla tamtych. Nie było jednak między nami żadnych konfliktów. Najpierw trener Strejlau w młodzieżówce, a potem pan Kazimierz Górski potrafili z tego naprawdę dobrego materiału stworzyć niesamowity kolektyw. 
Swego rodzaju reprezentacyjny niedosyt Kazimierz Kmiecik mógł sobie powetować wraz z ukochanym klubem w europejskich pucharach. Wiktorie nad Celtikiem czy Zbrojovką to najprzyjemniejsze momenty dla Wiślaka. Jednak, jako urodzony zwycięzca do dziś nie może przetrawić porażki z Malmoe w ćwierćfinale Pucharu Europy: U siebie wygraliśmy 2-1, tam prowadziliśmy 1-0 aż do 60 minuty. I nagle nasza drużyna stanęła, oni wykorzystali karnego, ale nawet wtedy była jeszcze szansa. Był remis i wyprowadziliśmy dobrą akcję, ale kolega z lewej strony zdecydował się na strzał. Gdyby mi wtedy podał, może wszystko potoczyłoby się inaczej ...

Wszystko się kiedyś kończy ...

Z ekipą Białej Gwiazdy Kazimierz Kmiecik rozstawał się na raty. Po zdobyciu wicemistrzostwa Polski w roku 1981 padła propozycja transferu do belgijskiego Charleroi. "Suchy", który miał ukończone 30 lat (uprawniające do możliwości wyjazdu) podpisał 3 letni kontrakt. Nie mógł przypuszczać, że znowu zawita na Reymonta: W Charleroi grałem tylko przez rok. Klub splajtował i musiałem sobie szukać nowej drużyny. Wróciłem do Krakowa. Wisła miała wtedy niewiele punktów i chłopcy poprosili mnie o pomoc. Nie mogłem odmówić, ale zastrzegłem, że jak wpłynie jakaś propozycja w styczniu, to znowu wyjadę. Tak też się stało i po półrocznym, już ostatnim okresie występów z Białą Gwiazdą na sercu wyjechał do Grecji. Zdobycie Pucharu Hellady pod wodzą Andrzeja Strejlaua było radosnym zwieńczeniem udanego pobytu na południu Europy.
Mimo 34 lat Kmiecik ani myślał kończyć przygodę z futbolem. Tym razem za kierunek obrał ojczyznę naszych zachodnich sąsiadów, gdzie bronił barw Stuttgateru Kickers i Offenburg OV. Z tymi pierwszymi dotarł nawet do finału Pucharu Niemiec. W nim musiał uznać wyższość piłkarzy HSV, wśród których występował inny polski reprezentant Mirosław Okoński.

Praca, charakter, praca

Po zakończeniu piłkarskiej kariery przyszła pora na zmianę punktu widzenia. Zieloną murawę zastąpiła ławka trenerska. Kazimierz Kmiecik dwukrotnie obejmował ukochaną Wisłę, najpierw w 1992 roku, a następnie w 1997. Za drugim razem Biała Gwiazda była na skraju bankructwa, ale od ostatecznego upadku uchronił ją Bogusław Cupiał. Zaczęła się złota era Tele-Foniki, w której Panu Kazimierzowi brakuje tylko jednego. Awansu do Ligi Mistrzów.
Jesienią 2012 roku, wraz z Tomaszem Kulawikiem prowadził najpierw zespół Młodej Ekstraklasy, a następnie pierwszą wiślacką drużynę: Talentów nam nie brakuje, ale wszystko musi być poparte pracą. Chłopcy muszą wiedzieć, że żeby zostać kimś trzeba ciężko pracować i posiadać odpowiedni charakter.

MACIEK 88

Artykuł w marcu 2009 roku opublikowany został na łamach "Forza Wisła". 



Spokojny i waleczny - wywiad z Rafałem Boguskim

Jeszcze wczoraj wydawało się, że przygoda Rafała Boguskiego dobiega końca. Dziś "Boguś" negocjuje nowy kontrakt i wszystko wskazuje na to, że zostaje z nami na kolejny sezon! 

Blog - Kuba Błaszczykowski
Pozostałe blogi
Blog - Justyna Żurowska-Cegielska
Blog - Radwansport
Blog - Karolina Surma
Blog - Tomasz Sarara