Legendy Białej Gwiazdy

Legendy Białej Gwiazdy - Kazimierz Moskal

Dodano: 2014-03-25 15:11:35 (aktualizacja: 2014-03-26 23:22:44)
Marco / Forza Wisła / historiawisly.pl
Zbiory TS Wisła

O Wiśle rozmawia z wielką pasją. Momentalnie można wyczuć, iż jest ona dla niego czymś więcej niż tylko zwykłym miejscem pracy.

Taki tok rozumowania potwierdzał wielokrotnie godnym reprezentowaniem jej barw nie tylko wtedy, gdy „Biała Gwiazda” była u szczytu, ale taj ze u wtedy, gdy przy Reymonta notowano gorsze czasy. KAZIMIERZ MOSKAL, bo o nim mowa, to niegdyś bardzo dobry piłkarz, dziś dobrze rokujący szkoleniowiec, a poza boiskiem wartościowy człowiek. Dlatego nie ma żadnych wątpliwości, iż należy mu się miejsce w gronie najwybitniejszych postaci naszego ukochanego klubu.

Początki kariery i początki miłości do Wisły

Pochodzi z Sułkowic, małej miejscowości oddalonej od Krakowa o jakieś trzydzieści kilometrów. To tam, w miejscowej Gościbi, stawiał swe pierwsze futbolowe kroki. Moje ówczesne treningi trudno było nazwać profesjonalnym uprawianiem sportu. Nasz nauczyciel wychowania fizycznego prowadził bardziej dla zabawy zespół piłkarski, będący jednocześnie reprezentacją szkoły. Spotykaliśmy się więc na zabawach z piłką raz czy może dwa razy w tygodniu Z nim jako opiekunem a pod szyldem Gościbi braliśmy też udział w różnorakich rozgrywkach ligowych. Tych rozgrywanych latem i tych organizowanych zimą. Niejednokrotnie miejscem sprawdzianu naszych umiejętności była hala Wisły. Kazimierz Moskal fakt ów odnotowuje z wielką radością. Choćby dlatego, iż „Biała Gwiazda” była klubem, któremu od najmłodszych lat kibicował. Pamiętam transmisje ekstraklasowych potyczek prezentowane przez telewizję publiczną. Niejednokrotnie były to tylko połówki meczów, które śledziłem z wielkim zainteresowaniem. Największym wówczas, gdy na ekranie widziałem trykoty z charakterystyczną gwiazdą. Pragnąłem wtedy jak najszybciej zobaczyć Wisłę na żywo. Moje marzenia spełnił starszy brat, który jako pierwszy przyprowadził mnie na stadion przy Reymonta. Także dlatego, że rywalizacja na wiślackim pakiecie spełniła innego wielkie jego marzenie. Po jednym z meczów halowych na Gościbi z Wisłą, ówczesny kierownik juniorów krakowian Pan Ziętara zaproponował mi przenosiny do klubu będącego moją największą miłością, co było dla mnie niesamowitym wyróżnieniem. Sam nawet pofatygował się w moje rodzinne strony, obiecując rodzicom pomoc w szybkim zaaklimatyzowaniu się w tak wielkim mieście. Po jego wizycie przekonałem się, iż szkoła średnia, którą wybrałem jako miejsce dalszej nauki jest placówką, z którą współpracuje Wisła.

Mając piętnaście lat trafił na Reymonta. Początkowo terminował w drużynie trzecich juniorów, prowadzonych przez śp. Stanisława Goneta. Trenując nie mógł jednak brać udziału w meczach o punkty, gdyż cały czas nie potrafiły się jeszcze „dogadać” ze sobą Gościbia i Wisła. Do dziś pamiętam, jak trener Gonet wszedł pewnego dnia do naszej szatni i zakomunikował mi, że nie mogę dłużej uczyć się futbolu w Wiśle. Myślałem, iż pęknie mi wówczas serce. Po półrocznym impasie dopisało mu jednak szczęście. Wiosną 1983 roku stał się pełnoprawnym graczem „Białej Gwiazdy”. W III juniorach występował regularnie, regularnie trafiając też do siatki rywali. Raz nawet udało mi się to uczynić siedmiokrotnie w jednym meczu. Moje szybkie postępy zauważył pion szkoleniowy, zapraszając do udziału w treningach juniorów pierwszych, prowadzonych przez Andrzeja Turczyńskiego. Przeskok na zajęcia z chłopcami o trzy czy cztery lata starszymi nie przyszedł mu łatwo. Ćwiczyłem z zawodnikami, którzy mieli już za sobą treningi z pierwszą drużyną seniorów. Wejście do ich szatni i bezpośredni z nimi kontakt był dla mnie wielkim przeżyciem i niemniejszym stresem. Asystent Dragomira Okuki szczerze wspomina pewną historię. Po pierwszych zajęciach treningowych z nimi, jadąc na kolejne tramwajem, zawróciłem spod bramy przy Alei 3 Maja z powrotem do internatu. Trenerowi tłumaczyłem potem, iż moja nieobecność w klubie spowodowana była chęcią nadrobienia szkolnych zaległości. Prawda była jednak inna. Rywalizacja z dużo starszymi zawodnikami okazała się w ówczesnym momencie dla mnie, czyli chłopaka z małej miejscowości, zbyt dużym wyzwaniem. W końcu przełamał lody i zaczął regularnie pojawiać się na treningach. Pojechał najpierw z ekipą trenera Turczyńskiego na kilka meczów w lidze juniorów, a następnie na finały mistrzostw Polski juniorów do Łodzi.

Wymarzona I liga

W polskiej ekstraklasie zadebiutował w sezonie 1984/85, w wieku 18 lat, w przegranym meczu wyjazdowym 27. kolejki z Górnikiem Zabrze 0-1, zmieniając na ostatnie dziesięć minut Artura Bożka. Był to w historii naszego klubu okres bardzo specyficzny, gdyż silna kadrowo Wisła spadała haniebnie do II ligi. Szansę pojawienia się na boiskach pierwszej ligi otrzymał od dr Stanisława Chemicza, zastępującego właśnie na stanowisku trenerskim „Białej Gwiazdy” Oresta Lenczyka. Wiadomość o tym, że mogę zagrać przy Roosvelta spadła na mnie znienacka. Po słabych wynikach pierwszej drużyny ówczesny zarząd klubu zadecydował o odsunięciu z niej pięciu podstawowych zawodników. Lukę postanowiono zapełnić uzdolnionymi juniorami. O dokooptowaniu go do kadry na wyjazd do Zabrza usłyszał od trenera Lendziona, opiekującego się wtedy juniorami starszymi. Poprosił mnie, bym wygodnie sobie usiadł, gdyż chce mi coś zakomunikować. Gdy przedstawił fakt, zaniemówiłem. Potem po ostatnim przed spotkaniem treningu miałem przyjemność spożywania posiłku przy jednym stole z Piotrem Skrobowskim, który widział chyba, jak trochę ze strachu trzęsą mi się ręce. Przegraliśmy nieznacznie, aczkolwiek była to bardzo bolesna porażka, gdyż po niej było już niemal jasne, iż następny sezon rozpoczniemy w drugoligowej stawce.

fot. historiawisly.pl

Pełnoprawny członek drużyny, a potem jej lider

Z trenerem Chemiczem wyjechaliśmy potem jeszcze na obóz przygotowawczy do Niemiec. Był to okres, kiedy zacząłem czuć się pełnoprawnym członkiem drużyny. Zdobyłem nawet kilka goli w sparingach. W drodze powrotnej jednak dowiedzieliśmy się, iż rundę jesienną rozpoczniemy pod okiem Lucjana Franczaka. Mnie osobiście dobiła bardzo inna wiadomość, usłyszana z ust lekarza klubowego parę dni później. W meczu drugiej drużyny z Unią Tarnów w PP skręciłem staw skokowy, który przesunął dla mnie start ligowy aż do 12. kolejki zmagań. Od tego momentu jednak 19-letni napastnik stał się wiodącą postacią Wisły, ubiegającej się nadaremnie przez dwa sezony o powrót do piłkarskiej elity w Polsce. „Biała Gwiazda” dopięła swego dopiero za trzecim razem, wygrywając 30.06.1988 roku barażowe potyczki z Górnikiem Knurów. Pamiętam ten dzień doskonale. Raz z powodu tego, iż był wtedy niesamowity upał, a dwa, że tuż po zwycięstwie, prowadzący nas wówczas trener Aleksander Brożyniak, uchodzący w moim mniemaniu za bardzo twardego i wymagającego faceta, płakał po wygranej 4-2 z radości jak bóbr, nie będąc w stanie udzielić wywiadu proszącym go o to reporterom.

W sezonie 1988/89 Wisła ponownie zagrała w pierwszej lidze. Kazimierz Moskal w 29 meczach zdobył 8 goli. Rok później przypadła nam w udziale 9. lokata, a nasz bohater nadal był najmocniejszym wiślackim ogniwem. Komplet występów ligowych udokumentował 11 trafieniami. To bardzo cenny sukces, zważywszy na fakt, iż do pomocy miał takich, a nie innych zawodników. To fakt, nie mieliśmy najmocniejszej ekipy. Byliśmy biednym klubem, którego nie stać było na spektakularne transfery.

Los, co nakazał zmianę barw klubowych

Lato 1990 roku fanom „Białej Gwiazdy” zapadło w pamięć jeszcze z innego powodu. Po uwielbianego na trybunach Kazika zgłosił się, mający mocarstwowe plany, poznański Lech. Z jednej strony ów rok był bardzo dla mnie szczęśliwy. Mieszkając z żoną w jednym pokoju w hotelu w hali doczekaliśmy się narodzin syna. Z drugiej strony martwić musiał stan naszej egzystencji. W Wiśle nie było mowy wtedy o wysokich zarobkach. Klub natomiast potrafił pomóc zawodnikom w uzyskaniu mieszkania. Jednak nie po zmianie ustroju, więc mnie tak wielkie szczęście objąć nie miało prawa. Jasno tłumaczyłem wtedy wszystkim, iż nie chcę z Krakowa nigdzie wyjeżdżać, gdyż jestem człowiekiem mocno przywiązującym się do danego miejsca czy środowiska. Ale z drugiej strony, chcąc zadbać o interes rodziny, musiałem poszukać dla niej odpowiedniego lokalu mieszkalnego. Gdyby Wisła obiecała mi jakiekolwiek lokum, nigdzie bym się nie ruszał, choć kwota oferowana za mnie przez „Kolejorza” była naprawdę spora i to dzięki niej klub mógł jeszcze potem przez jakiś czas spokojnie egzystować. W Poznaniu poznał bardzo silny jak na polskie warunki zespół. Ale… Tak jak bardzo nie chciałem odchodzić z Krakowa, tak bardzo było dla mnie ciężkie w Wielkopolsce pierwsze pół roku mojego pobytu. Nawet, gdy w pewnym momencie zawitał do mnie były bramkarz Wisły, a w tamtym okresie jej kierownik Robert Gaszyński, mówiąc, iż Lech zalega „Białej Gwieździe” jakieś pieniądze za transfer i niewykluczony jest mój powrót, bardzo się ucieszyłem. Tym bardziej, że Poznaniacy zaczęli ociągać się z wręczeniem mi kluczy do obiecanego przez nich dla mnie mieszkania. Musiałem żyć z nowonarodzonym dzieckiem i żoną w mieszkaniu zastępczym, bardzo małym i bardzo zaniedbanym, co bardzo mi nie pasowało. Pewnego dnia nawet spakowaliśmy wszyscy walizki, a ja udałem się na Bułgarską do siedziby poznańskiego klubu, grożąc tamtejszym włodarzom, iż jeśli natychmiast sprawa nie posunie się do przodu, to wracam momentalnie do Krakowa. Jak się okazało, moja wizyta przyniosła pomyślne rozwiązanie. Obiecane przez nich lokum trafiło w moje posiadanie. Notujący w barwach Lecha bardzo dobre występy Kazimierz Moskal cały czas jednak sercem był z Wisłą, nieustannie interesując się jej losami. Dobra boiskowa postawa musiała zaowocować powołaniem do pierwszej Reprezentacji Polski. Dlaczego przygoda z nią skończyła się na raptem sześciu grach? Jestem osobą lubiącą stabilizację. Nie od razu potrafię przystosować się do danego klimatu, danego miasta, środowiska, czy też danej grupy ludzi. A jak wiadomo, w reprezentacji na stabilizację nie ma zbytnio czasu. Wiem, że potencjalnie gorsi piłkarze zagrali w niej większą ilość gier, ale może byli ode mnie silniejsi psychicznie. Ja, jak każdy, chciałem grać w barwach narodowych jak najwięcej, ale dane mi było tylko tyle i muszę się z tym faktem pogodzić.

fot. realmadrid.pl

Wyjazd do Izraela

Lech niepodzielnie rządził na rodzimym podwórku. Nie potrafił za to realizować planów jego decydentów na arenie międzynarodowej. Po porażce w Pucharze Europy ze Spartakiem Moskwa u siebie 1-5 przy Bułgarskiej zawrzało. Wiedziałem, że szykują się spore zmiany. Klub zrezygnował z usług Jarka Bako i Damiana Łukasika, którzy postanowili kontynuować dalszą karierę na boiskach Izraela. Łukasik niebawem z podobną ofertą wyjazdu zgłosił się do mnie. Mimo że miałem jeszcze ważny z Lechem kontrakt, postanowiłem zdecydować się na wyjazd. Po dogadaniu się ze sobą klubów trafiłem do Hapoelu Tel Aviv. Pobyt w newralgicznej części świata wspominam z sentymentem. Żyło mi się i grało w piłkę tam bardzo dobrze. 

Powrót do Krakowa

W czasie pobytu na ziemi izraelskiej Kazimierz Moskal nieustannie utrzymywał kontakt z naszym klubem. Kiedy piłkarze Wisły, już po wejściu na Reymonta Telefoniki, wyjechali tam na obóz zimowy, zaprosił wszystkich zawodników do swojego mieszkania. Powrót w nasze szeregi obiecał mu także trener Wojciech Łazarek. Z planów wyszły jednak nici. Kiedy przeprowadzał się ponownie do rodzinnego miasta, ofertę gry złożyła mu nie Wisła, lecz jej lokalny rywal, Hutnik. Nie chciałem się już nigdzie ruszać. Postanowiłem więc pomóc Hutnikom w walce o drugoligowe punkty. Z Nowej Huty na Reymonta ponownie sprowadził go Jerzy Kowalik. Początkowo miał pełnić rolę, jak sam mówi, zapchajdziury, jednak rzeczywistość okazała się z goła odmienna. Przez prawie trzy lata (od jesieni 1999), stanowił ważny element wiślackiej układanki, dbając tym razem już nie o strzelanie goli, ale o bezpieczeństwo na własnym polu karnym. W 2001 roku sięgnął po kolejny tytuł mistrza Polski, tym razem z ukochanym klubem. Dobrze gra w europejskich pucharach, uświetniając swoje występy śliczną bramką strzeloną w pamiętnym meczu Realowi Saragossa. Jego hossa trwała do 2002 roku, gdy z jego usług postanawia zrezygnować trener Henryk Kasperczak. Nie mam zupełnie do tego człowieka o to żalu. Pan Henryk nieco wcześniej nie przedłużył przecież kontraktu z młodszymi ode mnie Ryśkiem Czerwcem i Tomkiem Kulawikiem, na mnie w dalszym ciągu stawiając. Jedyne, co zapamiętałem z tamtych czasów „na nie”, to to, iż trener w ostatnim meczu sezonu, z Lechem na wyjeździe, gdy wszystko w lidze było już rozstrzygnięte, obiecał grę dublerom, a danego słowa do końca nie dotrzymał. Mnie na przykład bardzo zależało, by w barwach Wisły zagrać przeciwko klubowi, w składzie którego widniałem aż przez cztery lata. Ale mówi się trudno.

Trudna decyzja o zawieszeniu butów na kołku

Przez pewien czas pograł jeszcze pod okiem Wernera Liczki w Górniku Zabrze. 7 listopada 2004 roku Górnik przegrał w Zabrzu 1:3, Kazimierz Moskal wszedł na boisko w 66. minucie, zmieniając Krzysztofa Bukalskiego. Były to jego ostatnie 34 minuty w ligowej piłce.  Pięć tygodni później Kazimierz Moskal wrócił na Reymonta. Namawiany przez SKWK, właściciel Wisły, Pan Bogusław Cupiał, złożył mu propozycję kolejnego powrotu do Wisły. Tym razem jako kierownik drużyny u boku nowego trenera Wisły Kraków, Wernera Liczki, który zastąpił zdymisjonowanego Henryka Kasperczaka. 17 grudnia 2004 roku podczas konferencji prasowej Moskal wyznał: Pewnym klubom się nie odmawia. Dla mnie takim klubem jest Wisła. Zawsze marzyłem o grze w Wiśle i pracy tutaj. Ta propozycja pomogła mi podjąć decyzję o powieszeniu butów na kołku.

(MARCIN)

Artykuł ukazał się w październikowym numerze Forza Wisła, rok 2006



Spokojny i waleczny - wywiad z Rafałem Boguskim

Jeszcze wczoraj wydawało się, że przygoda Rafała Boguskiego dobiega końca. Dziś "Boguś" negocjuje nowy kontrakt i wszystko wskazuje na to, że zostaje z nami na kolejny sezon! 

Blog - Kuba Błaszczykowski
Pozostałe blogi
Blog - Justyna Żurowska-Cegielska
Blog - Radwansport
Blog - Karolina Surma
Blog - Tomasz Sarara