Legendy Białej Gwiazdy

Symbol i filar lepszych i gorszych dla Wisły czasów

Dodano: 2014-12-06 15:03:35 (aktualizacja: 2014-12-13 06:40:13)
Marco / WislaLive.pl / Forza Wisła
Wójcik w środku / Zbiory TSW / historiawisly.pl

Tylko niezapomniany ś.p. Władysław Kawula ma spośród wszystkich obrońców  w historii krakowskiej Wisły więcej rozegranych potyczek o pierwszoligowe punkty. Choćby jedynie ów fakt powinien zachęcić każdego z fanów do zapoznania się z sylwetką  legendarnego niegdyś  defensora, a zarazem wieloletniego kapitana Białej Gwiazdy – Ryszarda Wójcika.

Początki kariery

Istniał niegdyś taki klub jak AZS Kraków, którego zajęcia odbywały się na boisku lekkoatletycznym Cracovii. Trafiłem tam za namową kolegi, na pierwszych treningach pojawiając się w roli bramkarza. Szkoleniowcem AZS-u był wówczas profesor Jesionka, pod okiem którego potem na krakowskiej AWF pisałem pracę magisterską. W pewnym momencie jednak owa sekcja rozwiązała się, a ja trafiłem do szkółki Wisły, bo do niej właśnie było mi najbliżej. Początkowo terminowałem w niej u trenera Szewczyka, później u trenera Jezierskiego, aż wreszcie trafiłem do juniorów. Reprezentując Wisłę w tej kategorii wiekowej dostawałem nawet powołania do juniorskiej kadry narodowej. Nic wtedy nie wskazywało na pewien ewenement, czyli to, że kilka miesięcy potem zabraknie dla mnie miejsca w jakiejkolwiek ekipie wiślackiej, włączając w to A-klasowe rezerwy. Od niegrania nigdzie wybawili mnie starsi koledzy, tacy jak choćby Mieczysław Adamczyk, ówczesny trener Cracovii, którzy przygarnęli mnie do ekipy Sygnał Kraków, w której to występowałem także z długoletnim szewcem Wisły. Po dwunastu miesiącach niechcianego przeze mnie rozbratu z trójkolorowymi barwami, ponownie wróciłem do Wisły, w 1960 roku zaliczając w jej barwach ekstraklasowy debiut. 

0-4 w ligowym debiucie

Wejścia w szeregi pierwszoligowców nie miałem udanego. Na boisku Odry Opole przegraliśmy wyraźnie 0-4. Warto zaznaczyć, że silnej Odry Opole, bo w swoim składzie posiadającej takich graczy jak Kornek (bramkarz), Piechaczek czy Burzyński. Zresztą, w ogóle w tym okresie, w którym ja grałem, w każdej ekipie byli świetni piłkarze. Każdy zespół oparty był na nietuzinkowych graczach, w wielu przypadkach jednocześnie będących filarami reprezentacji kraju. Począwszy od roku 1960 aż do 1973 dane mi było niemal bez przerwy bronić barw Białej Gwiazdy w potyczkach o pierwszoligowe punkty. Zdarzało się, że przez kilka sezonów nie opuściłem żadnej z gier. Zresztą nieskromnie mówiąc, jestem czwartym w historii Wisły zawodnikiem, biorąc pod uwagę ilość rozegranych dla niej meczów w pierwszej lidze. Oficjalnie mam ich na koncie 266. 

Opoka nietuzinkowej defensywy

Miałem możliwość bycia zawodnikiem wiślackiej formacji obronnej złożonej prócz mnie z takich graczy, jak Monica, Kawula czy Rysiek Budka. Przyznam szczerze, iż grając w takim ustawieniu nie baliśmy się wtedy nawet legendarnego Górnika Zabrze. Byliśmy na tyle silni w tyłach, że mieliśmy świadomość, iż jeśli strzelimy bramkę, to raczej meczu nie przegramy, a co najwyżej go zremisujemy. Później w naszej defensywie nastąpiła zmiana pokoleń. Monicę zastąpił Antek Szymanowski, a Budkę Adam Musiał. W pierwszym z owych okresów posiadaliśmy nieco problemów z atakiem, mimo tak wybitnych postaci na owe czasy, jak nasz lewoskrzydłowy, Hubert Skupnik. Był to gracz, który dryblingiem potrafił minąć nawet pięciu przeciwników, lecz nierzadko zdarzało się, że decydując się na minięcie kolejnego rywala, gubił futbolówkę, niwecząc dobrze zapowiadającą się akcję. 

Wisła zespołem środka tabeli

Większość z moich 266 gier pierwszoligowych nie było naznaczonych wybitnymi sukcesami. Jedynie w roku 1966 wywalczyłem wraz z kolegami wicemistrzostwo Polski (w roku 1967 również puchar Polski – przyp. Red.). Taki stan rzeczy wynika z faktu, iż nasz zespół budowany był głównie na wychowankach. Co z tego, że na naszych treningach wizytowali tacy piłkarze, jak Gadocha, Myga, czy Kasperczak (namawiano go, by zamiast do wojska i Legii, przyszedł do Wisły i milicji), jak żaden z nich na dobre nie „zaszczepił” się w zespole krakowskiej Wisły. Decydujące w tym względzie okazywały się aspekty finansowo-organizacyjne, w których prym wiodły takie kluby jak Górnik Zabrze i Legia. To z nich najbliżej było zawodnikom do reprezentacji. Górnik, prowadząc nabór do pierwszej drużyny, bazował na ogromie chłopców uganiających się za piłką na Śląsku. Kierowali się oni lokalnym patriotyzmem, który objawiał się także i tym, że gdy graliśmy przeciwko śląskim drużynom, ich gracze rozmawiali ze sobą... po niemiecku. Zwracaliśmy im uwagę, mówiąc „Pierunie, gadaj po polsku!”, ale oni woleli propagować swoje standardy. 

Pamiętne 3-3 z Górnikiem i pierwszy w historii spadek do drugiej ligi

Był rok 1964. By się utrzymać, musieliśmy w ostatniej kolejce sezonu pokonać naszpikowanego gwiazdami Górnika Zabrze. Byłem wtedy kapitanem zespołu. Mój odpowiednik wśród Górników, legendarny Oślizło, nabąknął, że oni chcą, byśmy w lidze zostali. Myśleliśmy, że wszystko będzie dobrze. Górnik zaczął z polotem, prowadząc 2-0. Potem nasz zryw i rzut karny. Wykonałem go ja, ale zanim strzeliłem, podbiegł do mnie ich obrońca, Kowalski, mówiąc „Strzelaj mu w lewy róg”. Ja mu odpowiedziałem „Co ty, wariata ze mnie robisz?” i zastanawiałem się, jak uderzyć. A było nad czym myśleć, bo naprzeciwko mnie stał legendarny Hubert Kostka. Skorzystałem jednak z podpowiedzi i - nie bez pomocy bramkarza – wpadło. Zdobyliśmy kontaktową bramkę. Potem do wyrównania (także z karnego) doprowadził Gwiżdż. Następnie na 3-2 dla nas trafił Gach. Wydawało się, że będzie dobrze. Wszelakie marzenia i plany zepsuł jednak przepięknym uderzeniem ich lewoskrzydłowy Lentner. Potem mówili, że dlatego, iż obraził go Monica. Ja jednak pozostanę przy swoim, twierdząc, że wyszedł mu po prostu strzał życia. Stało się. Po ostatnim gwizdku sędziego nastał wielki smutek. Wisła po raz pierwszy w historii opuściła pierwszą ligę. 

Plaster wybitnych „golleadorów”

W każdej niemal drużynie, z jaką przyszło nam się zmierzyć, grali wybitni piłkarze. W Polonii Bytom prym wiedli Liberda, Banaś, Anczok, Jóźwiak, Grzegorczyk, w ŁKS-ie Sadek, w Górniku Lubański, którego praktycznie zawsze kryłem. On był groźny, ale jak się rozpędził, jak wszedł w ten tzw. luz. Był specyficznym graczem, który musiał dostać dobre podanie z głębi pola. Najczęściej od Sołtysika, więc my jako zespół większą uwagę przywiązywaliśmy do tego, by go od tych podań odcinać. Najtrudniejszym jednak z rywali, przeciwko któremu przyszło mi grać był Brychczy. Ówczesna gwiazda warszawskiej Legii, to piłkarz jak na tamte czasy wybitny, niekonwencjonalny, cechujący się wspaniałą techniką.

Debiut Wisły w europejskich pucharach

29 września 1967 roku zmierzyliśmy się w Helsinkach z HJK, wygrywając 4-1. Ów mecz zapamiętam m.in. z tego, że w pewnym momencie tak silnie zostałem uderzony w brzuch przez rywala, że musiano mnie znieść z boiska. Potem w rewanżu było 4-0, a ja strzeliłem trzeciego gola. Odpadliśmy z rozgrywek w następnej rundzie, po porażkach z HSV 0-1 w domu i 4-0 na wyjeździe. Niemcy dysponowali wówczas bardzo dobrym składem. W ich obronie grał Schulz, a w ataku Seeler. Ten ostatni, mimo małego wzrostu, strzelił nam jedyną bramkę w Krakowie po uderzeniu głową. Kilka lat później stał się prawdziwą gwiazdą europejskich boisk. Jego atutem było to, iż potrafił znakomicie wystartować do podania, ubiegając wielokrotnie kryjących go rywali. 

Recepta długowieczności

Ciężka i żmudna praca. Gdy patrzę na sposób przygotowań dzisiejszych piłkarzy, nie dziwię się, że po 15 czy 20 minutach gry notują oni już przestoje. My nie jeździliśmy do słonecznej Hiszpanii, lecz górzystego Zakopanego. Tam dawkowano nam taki wysiłek, że w sezonie byliśmy tak naładowani, iż nie straszne nam było ostre zasuwanie przez pełne 90 minut. 

Na milicyjnym etacie...

… byłem i się wcale tego nie wstydzę. Takie były czasy. Pobierałem z resortu pieniądze, choć nigdy nie założyłem munduru. Do dzisiaj śmieję się w żartach z prezesa TS-u, pana Miętty, że on jest jedynie sierżanciną, a ja i Lendzion przez śp. Wałachę zostaliśmy nominowani na stopnie oficerskie, w czym pomogło mi bezsprzecznie wyższe wykształcenie. Na jeszcze większe apanaże z resortu mogli liczyć młodsi piłkarze, którzy widnieli na liście SB.

Na sportową emeryturę do Francji

Z Polski piłkarz mógł wówczas wyjechać mając 34 lata. Ja, Studnicki oraz Skupnik wyemigrowaliśmy do Francji. Trafiłem do trzecioligowego Arras. Początkowo pałałem się jedynie grą, potem zlikwidowano w zespole status zawodowca i nakazano mi prócz gry pracować. Pełniłem funkcję ratownika na przyhotelowym basenie. Do kraju wróciłem w roku 1979.

Co aktualnie bardzo boli (rozmowa przeprowadzona w 2008r. - przyp. red.)

Fakt, w jaki sposób klub traktuje swoich zasłużonych wychowanków. Zawodników, którzy przez wiele wiele lat zostawiali całe swoje piłkarskie zdrowie. Przecież my coś dla historii Białej Gwiazdy zrobiliśmy, prawda? Jeszcze niedawno, za czasów Zdziska Kapki, dostawaliśmy karnety na trybunę A. A teraz? Brakuje dla nas miejsca na stadionie. Na potyczkę reprezentacji wpuszczono nas na tzw. obsługę techniczną. Wraz z kolegami śmialiśmy się, że jeszcze powinniśmy do ręki dostać miotły jako porządkowi lub obcęgi jako konserwatorzy. Przecież, na rany boskie, coś nam się za te kilkanaście lat zasuwania w imię Wisły należy. Na zachodzie takich wychowanków nosi się na rękach, docenia, a u nas? Lekceważy i spycha na margines. A ilu nas jeszcze z mojego pokolenia na świecie zostało? Dwudziestu? Chcieliśmy o lepsze traktowanie nas zaapelować do samego właściciela i mamy nadzieję, iż nasz apel do niego, jako człowieka honoru, dotrze.

Ryszarda Wójcika wysłuchali w 2008r. Ibutti i (MARCIN). 

Ryszard Wójcik zmarł 11 stycznia 2010r. w Krakowie.



Spokojny i waleczny - wywiad z Rafałem Boguskim

Jeszcze wczoraj wydawało się, że przygoda Rafała Boguskiego dobiega końca. Dziś "Boguś" negocjuje nowy kontrakt i wszystko wskazuje na to, że zostaje z nami na kolejny sezon! 

Blog - Kuba Błaszczykowski
Pozostałe blogi
Blog - Justyna Żurowska-Cegielska
Blog - Radwansport
Blog - Karolina Surma
Blog - Tomasz Sarara