News

Podjęły rękawicę!

Dodano: 2017-04-30 09:52:18 (aktualizacja: 2017-04-30 20:36:57)
Marco / nowe-refleksje.blogspot.com
fot. Marcin Pirga (wislacanpack.pl)

Koszykarki Wisły Can-Pack wyciągnęły wnioski z dwóch porażek we Wrocławiu. Będąc pod ścianą, w trzecim spotkaniu finału Basket Ligi Kobiet we własnej hali nie pozostawiły żadnych wątpliwości. Wynik 86:56 mówi wszystko o przewadze wciąż aktualnych mistrzyń Polski. Zatem żaden szampan jeszcze nie został otwarty, jest "tylko" 2-1 dla Ślęzy i jutro czwarty odcinek serialu decydującego o złotym medalu. Oby nie ostatni...

Wydaje się, że na korzyść krakowianek podziałała dość długa przerwa między meczami nr 2 i 3 (notabene - uzasadniona chyba jedynie planami transmisji w TVP Sport). Trener Jose Hernandez miał nieco więcej czasu niż zazwyczaj w takich przypadkach, aby przemyśleć, jakie elementy wymagają korekty, choć prawdę mówiąc, to - zwłaszcza patrząc na drugą finałową potyczkę - poprawa była wręcz konieczna we wszystkim. Najbardziej w podejściu mentalnym, waleczności, zespołowości, koncentracji. Wiem, powtarzam się, bo wspomniałem o tym już tydzień temu. Jednak należy uświadomić sobie, że niezbędnym warunkiem przedłużenia rywalizacji była pełna mobilizacja w wiślackim obozie. Tym bardziej, że szkoleniowiec ekipy ze stolicy Małopolski nie mógł liczyć już na swoją rodaczkę - kontuzja Sandry Ygueravide w drugim starciu we Wrocławiu wykluczyła jej grę w kolejnych bojach o tytuł.

Paradoksalnie - to osłabienie wyszło chyba... na korzyść, przynajmniej w tym sobotnim spotkaniu. Owszem, hiszpańska rozgrywająca mogłaby dołożyć jeszcze swoje trzy grosze do dorobku zespołu, lecz ostatnio jej dyspozycja była raczej "pod kreską", a impulsywne reakcje działały destrukcyjnie na partnerki, co skutkowało chaosem w poczynaniach Wisły Can-Pack. Będąca jedyną nominalną "jedynką" Hind Ben Abdelkader spisała się dzisiaj wybornie, umiejętnie prowadząc grę (5 asyst), dobrze broniąc, a gdy zachodziła taka potrzeba - trafiając (13 pkt). Młoda Belgijka wiedziała, że ciąży na niej spora odpowiedzialność, ale w pełni stanęła na wysokości zadania. O ile w poprzednich meczach Hind zaliczała się do czołowych postaci teamu spod Wawelu, to niemal regularnie zawodziła Meighan Simmons. I to właśnie amerykańska "dwójka" przeszła największą metamorfozę. Przypomniała sobie, jak właściwie użyć swojej najmocniejszej broni, czyli rzutu zza linii 675 cm - trafiła z dystansu aż sześciokrotnie na dziewięć prób, ogółem zapisując 23 pkt. Jej postawa była jednym z kluczy do rozbicia defensywy wrocławianek.

Najważniejszy czynnik stanowiło jednak samo nastawienie, widoczne nawet z odległości większej niż kilka metrów od ławki "Białej Gwiazdy" - pozytywna sportowa złość, objawiająca się twardą walką na całym boisku, także w parterze. Pod tym względem można śmiało powiedzieć, że byliśmy świadkami najlepszego występu wiślaczek w tym sezonie. Nie było dla nich straconych piłek, a presja, jaką wywierały w obronie na podopieczne Arkadiusza Rusina, przynosiła wymierne korzyści. Znacznie ograniczoną swobodę miała Sharnee Zoll (8 pkt i 3 as.), za bardzo nie poszalała też Marissa Kastanek (9 pkt), a ich pozostałe koleżanki również nie potrafiły zrobić większej krzywdy gospodyniom. Jak zwykle, drużyna ze stolicy Dolnego Śląska broniła agresywnie, ale często naruszając przepisy. W przeciwieństwie do dwóch pierwszych konfrontacji, sędziowie wychwytywali te przewinienia (choć i tak wszystkich szarpnięć i popchnięć nie dostrzegli), niekiedy ku nieuzasadnionemu zdziwieniu ich autorek. Natomiast w szeregach krakowianek bezcenną pracę w defensywie wykonywała Magdalena Ziętara, która - jak się wydaje - zanotowała więcej przechwytów niż dwa, zapisane w statystykach, a przynajmniej w kilku innych stratach Ślęzy miała swój udział.

Dość istotnym aspektem, wynikającym z tej mocnej obrony, była bezapelacyjnie wygrana walka na tablicach (37 - 23). Tu oczywiście największy udział miały podkoszowe - najwięcej zbiórek (8) zanotowała Vanessa Gidden. W ogóle jamajska środkowa wydatnie przyczyniła się do sukcesu, zdobywając 13 pkt i dokładając aż 5 asyst, co dobrze charakteryzuje jej współpracę z innymi wysokimi. Z kolei Ewelina Kobryn szybko złapała dwa faule i usiadła na ławce. Zmieniająca ją Agnieszka Szott-Hejmej rozkręcała się z minuty na minutę, by również być jedną z ważniejszych postaci - świadczy o tym 15 pkt. "Ewka" zaliczyła cenne trafienia na początku trzeciej kwarty, dzięki czemu prowadzenie wzrosło do 23 pkt. Ogółem, biorąc pod uwagę, że spędziła na parkiecie tylko 14 minut, jej główne statystyki wyglądają nieźle - 9 pkt i 6 zb. Najgorzej z podkoszowych zaprezentowała się Ziomara Morrison, która nie trafiła żadnego spośród pięciu rzutów z gry, jedyne dwa "oczka" zdobywając z wolnych. Mimo to, trzeba zauważyć jej wkład w przewadze na "deskach" (7 zb.).

Skoro defensywa funkcjonowała na wysokim poziomie, to i łatwiej grało się w ofensywie. Na to zwrócił uwagę Hernandez na konferencji prasowej, twierdząc, że właśnie skuteczności najbardziej zabrakło jego zawodniczkom w dwóch pierwszych starciach finałowych. Ponieważ większość rzutów z gry znalazło się w koszu (51,8% - 29/56, w tym 10/22 za 3 pkt), a efektem częstych fauli rywalek było aż 26 wolnych, z których i tak "tylko" 18 było celnych, to absolutnie nie dziwi finalna zdobycz, czyli 86 pkt. Przyjezdne spisywały się w tych elementach cokolwiek gorzej (39,7% z gry - 23/58, 55,9% z wolnych - 5/9), co stanowiło już odzwierciedlenie opisanych wyżej tendencji.

W mojej subiektywnej opinii, newralgicznym fragmentem tego meczu była końcówka pierwszej kwarty i początek drugiej. Kiedy ze stanu 11:2 (pierwsza "trójka" Simmons) po czterech minutach, zrobiło się "tylko" 17:14 po upływie kolejnych czterech minut, wielu przypuszczało, że dalej będzie toczyć się bardzo wyrównana walka. Na koniec premierowej ćwiartki Gidden i z dystansu Ben Abdelkader powiększyły jednak prowadzenie do 8 pkt (22:14). Zaraz po wznowieniu gry, zza linii 675 cm celnie przymierzyły Szott-Hejmej i Simmons (już po raz trzeci). Wynik 28:14 dawał już pewien komfort, choć oczywiście - mając w pamięci choćby porażkę na inaugurację półfinału z Artego Bydgoszcz - do radości było jeszcze niezwykle daleko. Więcej od ówczesnego rezultatu mówiła determinacja wiślaczek, walczących o życie. Wrocławianki chciały się przełamać, lecz dzisiaj to nie był ich dzień, poza tym chyba były zaskoczone tak znaczącym oporem, nie znajdując na niego recepty. Po pewnym przestoju, ostatnie minuty drugiej kwarty znów dla gospodyń, za sprawą tercetu Simmons - Ben Abdelkader - Gidden, który do przerwy miał na koncie aż 34 pkt. 

43:24 do przerwy - spora zaliczka, ale trzeba było uważać na początek kolejnej odsłony. Także wtedy podopieczne Hernandeza nie zawiodły, odpowiadając na częstsze niż w pierwszej połowie trafienia zespołu ze stolicy Dolnego Śląska. Najpierw Kobryn, a potem Simmons. Amerykanka nie pozostawiła złudzeń, w ciągu dwóch minut trafiając trzy razy zza linii 675 cm, w tym raz z faulem. Na koniec kwarty "trójką" popisała się jeszcze Szott-Hejmej i sytuacja była coraz bardziej klarowna - 68:44. W tym momencie trener Rusin raczej już był pogodzony z tym, że pościg zakończy się niepowodzeniem, a przecież w takim układzie jutro o godz. 18.30 znów trzeba wybiec na parkiet. Wymownym znakiem było posadzenie na ławkę Zoll. Dzięki takiemu rozwojowi wydarzeń, odpocząć mogła też Ben Abdelkader (przebywała na boisku najdłużej, bo 33 minuty), którą na rozegraniu zastąpiła Simmons. Więcej pograły Claudia Pop i Olivia Szumełda-Krzycka. Tę szansę wykorzystała zwłaszcza rumuńska skrzydłowa, zdobywając 9 pkt, w tym dwa z wolnych, które ustaliły końcowy wynik.

Co wydarzy się jutro? Nie sposób przewidzieć. Dla zawodniczek Wisły Can-Pack najistotniejsze jest utrzymanie takiego zaangażowania, jakie zaprezentowały kilka godzin temu. Nie będzie to łatwe, bo zapas sił już mniejszy, a sztab Ślęzy zapewne wyciągnie wnioski. Jednak nie ma żadnego marginesu błędu. To są najważniejsze chwile w tym sezonie. Tutaj nie ma miejsca na żadne kalkulacje. Albo zwycięstwo i decydująca, piąta potyczka w środę w hali AWF we Wrocławiu, albo porażka i tytuł po dokładnie trzydziestu latach wraca do miasta nad Odrą. Ciężar gatunkowy jest więc bardzo duży i dla wszystkich jasny.

PAWEŁ (nowe-refleksje.blogspot.co.uk)


Spokojny i waleczny - wywiad z Rafałem Boguskim

Jeszcze wczoraj wydawało się, że przygoda Rafała Boguskiego dobiega końca. Dziś "Boguś" negocjuje nowy kontrakt i wszystko wskazuje na to, że zostaje z nami na kolejny sezon! 

Blog - Kuba Błaszczykowski
Pozostałe blogi
Blog - Justyna Żurowska-Cegielska
Blog - Radwansport
Blog - Karolina Surma
Blog - Tomasz Sarara