News

Znów trzecia kwarta...czyli Ślęza lepsza na inaugurację finału

Dodano: 2017-04-20 16:36:58 (aktualizacja: 2017-04-22 00:49:23)
Marco / nowe-refleksje.blogspot.com

Finał play-off Basket Ligi Kobiet nie zaczął się pomyślnie dla obrończyń tytułu. Kilkadziesiąt godzin temu we Wrocławiu z parkietu w roli zwyciężczyń zeszła Ślęza, pokonując - oczywiście ku ogromnej radości swoich kibiców - Wisłę Can-Pack Kraków 71:65. Odnieść można wrażenie, że to bardziej ekipa ze stolicy Małopolski ten mecz przegrała...

 Zaczęło się bardzo dobrze dla wiślaczek, które w połowie pierwszej kwarty, po punktach Sandry Ygueravide, prowadziły 12:3. Największym problemem wrocławianek była jednak w tym momencie kontuzja ich podkoszowej liderki - Nikki Greene. Po jednym ze starć Amerykanka niefortunnie padła na parkiet i nie była w stanie wstać o własnych siłach. Wydawało się wówczas, że jej absencja w dalszej fazie zawodów będzie wodą na młyn dla przyjezdnych. Po części tak było, choć właśnie... powinno być bardziej.

Podopieczne trenera Arkadiusza Rusina szybko wyciągnęły wnioski z tej sytuacji. Dłoń do nich wyciągnęły zawodniczki krakowskiego zespołu, choćby Meighan Simmons. Jeśli ktoś ogłosiłby po zakończeniu tego sezonu plebiscyt na najbardziej bezproduktywną koszykarkę w BLK, amerykańska rzucająca miałaby sporą szansę znaleźć się w ścisłej czołówce... Z uporem próbowała trafić zza linii 675 cm, a po raz kolejny było to zadanie przekraczające jej możliwości. Na dodatek niepotrzebnie faulowała Zuzannę Sklepowicz, po której rzucie za 3 pkt piłka "zastanawiając się" na obręczy wpadła do kosza. Za sprawą akcji "3+1" w wykonaniu 20-latki było już 14:14. Udanym zastępstwem dla Greene była Kourtney Treffers, która w pierwszej kwarcie zdobyła 6 pkt i to ona celnymi wolnymi ustaliła wynik po upływie 10 minut - 21:20 dla gospodyń.

W drugiej ćwiartce rezultat jako pierwsza "ruszyła" Ewelina Kobryn, która wtedy miała na koncie już 8 pkt. Później jej rolę z powodzeniem przejęła Ziomara Morrison, będąca w tym fragmencie nieuchwytna pod koszem rywalek. Po siedmiu "oczkach" z rzędu chilijskiej środkowej, w 16 min. tablica pokazywała stan 21:31. Było to możliwe też - a może przede wszystkim - dlatego, że bez zarzutu spisywała się defensywa, na co Sharnee Zoll i spółka nie mogły znaleźć recepty. Na tym się nie zakończyło - Morrison dorzuciła kolejne 3 pkt i w 17 min. prowadzenie mistrzyń Polski jeszcze wzrosło - 35:22. Niestety, w ostatnich akcjach przed przerwą koncentracja krakowianek spadła, pojawiły się straty i niecelne rzuty, a sprawy we własne ręce wzięła Zoll, zdobywając w pojedynkę 8 pkt, w tym ostatnie lay-upem równo z końcową syreną drugiej kwarty. 30:35 na półmetku.

Po zmianie stron koszmar z fatalnie rozgrywanych w półfinale kwart nr 3 powrócił. Team spod Wawelu nie miał wiele do powiedzenia w konfrontacji z niesamowicie agresywnymi wrocławiankami, niesionymi dopingiem publiczności. Z dystansu celnie przymierzyła Marissa Kastanek, Zoll zaliczyła akcję "2+1", w zdobywanie punktów włączyła się Agnieszka Skobel, po której "trójce" w 26 min. było 45:39. Swojej drużynie nie pomógł Jose Hernandez, łapiąc nie wiadomo już które przewinienie techniczne w tym sezonie. Co innego, że zachowując się dość emocjonalnie niejako działał w słusznej wierze, bo sędziowie wydali błędne rozstrzygnięcie. Jakkolwiek w tej fazie spotkania to koszykarki Ślęzy były znacznie bardziej waleczne, ruchliwe, pomysłowe, pytanie tylko, czy "przy okazji" kilka razy nie przekroczyły przepisów, co uszło uwadze arbitrów. Choćby o to i brak konsekwencji w gwizdaniu hiszpański szkoleniowiec miał zastrzeżenia do sędziów na konferencji prasowej. Zastrzegł, że nie miało to wpływu na końcowy wynik.

Do końca trzeciej odsłony w zasadzie nic się nie zmieniło. Wiślaczki nie potrafiły otrząsnąć się z marazmu, który zafundowały sobie na własne życzenie. Wynik po upływie 30 minut (50:43) ustaliła Treffers i - podobnie jak w przypadku Zoll - możemy mówić o buzzer-beaterze...

W decydującej kwarcie miejscowe utrzymywały przewagę, nie pozwalając na bezpośredni kontakt. Obrończynie tytułu nie miały skutecznych pomysłów na znalezienie drogi do kosza, jak również nie były w stanie zneutralizować poczynań ofensywnych Zoll i spółki. 3 minuty do końca - 59:49. Gdy w kolejnych akcjach krakowiankom udało się wreszcie zapunktować (przede wszystkim Hind Ben Abdelkader), Kastanek i Kateryna Rymarenko "ukłuły" zza linii 675 cm i różnica nadal wynosiła 10 pkt. Dopiero w niemiłosiernie dłużących się z powodu fauli ostatnich sekundach belgijska rozgrywająca doprowadziła "trójką" do stanu 69:65. Zostało jednak zbyt mało czasu, aby cokolwiek mogło się odmienić... Dwa wolne Kastanek ustaliły końcowy wynik i na trybunach wybuchła zrozumiała euforia. Smutnych było tylko kilkanaście osób, które przyjechały wspierać "Białą Gwiazdę".

Więcej na NOWE-REFLEKSJE.BLOG.COM



Spokojny i waleczny - wywiad z Rafałem Boguskim

Jeszcze wczoraj wydawało się, że przygoda Rafała Boguskiego dobiega końca. Dziś "Boguś" negocjuje nowy kontrakt i wszystko wskazuje na to, że zostaje z nami na kolejny sezon! 

Blog - Kuba Błaszczykowski
Pozostałe blogi
Blog - Justyna Żurowska-Cegielska
Blog - Radwansport
Blog - Karolina Surma
Blog - Tomasz Sarara