Opinia

Udana kadencja, ale...

Dodano: 2015-05-09 23:59:56 (aktualizacja: 2015-05-11 16:08:31)
Paweł / WislaLive.pl / nowe-refleksje.blogspot.com

W zeszłym tygodniu, kilka dni po ostatnim meczu sezonu 2014/2015, ogłoszono, że Stefan Svitek nie będzie już trenerem ekipy koszykarek Wisły Can-Pack Kraków. Po dwóch latach spędzonych w klubie przy ul. Reymonta 22 słowacki szkoleniowiec wraca do swojej ojczyzny, gdzie rozpocznie pracę z koszykarzami TU Slavia Koszyce, którzy właśnie awansowali do tamtejszej ekstraklasy.

Można powiedzieć, że ten fakt stanowi swego rodzaju zaskoczenie i niełatwo dociec, jakie były jego przyczyny. Być może Svitek zapragnął wrócić do ojczyzny lub spróbować sił w męskim baskecie, ewentualnie brał pod uwagę problemy z porozumieniem się na temat nowej umowy z władzami TS Wisła. Trudno również ocenić, jakie zamiary odnośnie przyszłości trenera miał jego dotychczasowy pracodawca. Pewne jest tyle, że współpraca została zakończona.

Słowak przejmował podwawelski team znajdujący się w sytuacji, którą niekoniecznie można uznać za komfortową. Sezon 2012/2013 zakończył się bowiem sporym rozczarowaniem dla wszystkich osób związanych z tym zasłużonym klubem, a w szczególności kibiców. Brak awansu do Final Eight Euroligi Kobiet (co oznaczało wypadnięcie po raz pierwszy od czterech sezonów poza najlepszą ósemkę tych prestiżowych rozgrywek) można byłoby jeszcze jakoś przeboleć, gdyby nie kompletna klapa na krajowych parkietach. Wiślaczki przegrały wszystkie siedem starć z CCC Polkowice. 0-4 w finale ekstraklasy i niepowodzenie w walce o Puchar Polski nie wystawiały - delikatnie mówiąc - pozytywnego świadectwa zespołowi, który na dwa miesiące przed zakończeniem sezonu, po niespodziewanie zwolnionym Jose Hernandezie, przejął dotychczasowy asystent - Artur Golański.

Wybór klubowych działaczy padł na szkoleniowca mającego za sobą bogatą karierę zawodniczą (m.in. wiele lat w niemieckiej Bundeslidze), znanego z prowadzenia w poprzednich latach występujących w Eurolidze (m.in. przeciwko Wiśle Can-Pack) koszykarek Good Angels Koszyce, a bezpośrednio przed pojawieniem się w Krakowie trenującego drużynę z Rużomberoku - wicemistrzynie Słowacji. W szatni przy ul. Reymonta 22 doszło do niemałych przetasowań. Przede wszystkim pożegnano się z mega gwiazdą Tiną Charles, dla której pojęcie "team spirit" było raczej obce. W jej miejsce pojawiła się grająca rok wcześniej w CCC Jantel Lavender - środkowa na pewno już w Europie znana, po której nie oczekiwano jednak, że stanie się zdecydowanie priorytetową opcją w ataku. Inne transfery może nie rzucały na kolana, lecz wyglądały całkiem interesująco - Allie Quigley, Zane Tamane, Agnieszka Szott-Hejmej, Marta Jujka. Spośród podstawowych dotychczas zawodniczek pozostały Erin Phillips, Cristina Ouvina i Justyna Żurowska, a także odgrywające coraz mniejszą rolę Paulina Pawlak i Katarzyna Krężel. Australijska rzucająca - niezwykle zasłużona dla sukcesów krakowskiej ekipy za czasów Hernandeza - narzekała na problemy zdrowotne i po kilku tygodniach nowego sezonu zastąpiła ją Danielle McCray. Jeszcze w styczniu kontrakt z najbardziej utytułowanym klubem w krajowym żeńskim baskecie podpisała Agnieszka Skobel. Głównym celem było odzyskanie tytułu mistrzowskiego. Niejako "przy okazji" mówiono o awansie do najlepszej ósemki Euroligi, ale dało się odczuć, iż przede wszystkim chodzi o triumf w krajowych zmaganiach.

Od początku pracy Svitka wszyscy - włącznie z zawodniczkami - podkreślali jego duże zaangażowanie w wykonywaniu obowiązków, co było widoczne choćby podczas każdego treningu. Po reakcjach na trenerskiej ławce można było odnieść wrażenie, że Słowak absolutnie nie toleruje błędów. a jeszcze bardziej "przechodzenia obok meczu". Bez względu na klasę rywala i wynik, oczekiwał od swoich podopiecznych całkowitej koncentracji. Trudno się dziwić, skoro tuż przed rozpoczęciem sezonu 2013/2014 stwierdził: - Podczas meczów i treningów jestem twardy i wymagający. Oczekuję od moich podopiecznych ciężkiej pracy i skupienia się na wykonywaniu swoich obowiązków. To przecież jest nasz zawód, pracujemy w profesjonalnym klubie. Mierzący ponad 2 metry wzrostu szkoleniowiec często wręcz kipiał energią za linią boczną, która... nie stanowiła dla niego granicy nie do przejścia podczas spotkań (chociaż, prawdę mówiąc, to w wiślackiej hali jest niewiele miejsca od ławki do boiska). Swoje uwagi kierował również na bieżąco pod adresem sędziów, choć były to reakcje w dopuszczalnych granicach - przez dwa sezony otrzymane przez niego przewinienia techniczne można policzyć na palcach jednej ręki. Kiedy opadały emocje, na konferencji prasowej Svitek zazwyczaj dokonywał rzeczowej i chłodnej analizy meczu. Czasem zdarzało się jednak, że w takich sytuacjach nie szczędził krytyki podopiecznym, zarzucając choćby niewystarczające zaangażowanie w potyczkach z niżej notowanymi rywalkami.

27 kwietnia 2014 roku słowacki coach razem ze swoimi koszykarkami mógł cieszyć się z powrotu na tron w polskiej ekstraklasie. Wiślaczki zdominowały rozgrywki Tauron Basket Ligi Kobiet, nie przegrywając ani razu w pierwszym etapie sezonu zasadniczego, zaś w drugim poniosły tylko porażki w Toruniu i Polkowicach, wobec czego z bilansem 26-2 bez większych problemów zajęły pierwsze miejsce. W półfinale play-off (w tej fazie brały udział jedynie cztery zespoły) bez problemów rozprawiły się z Energą Toruń. Schody zaczęły się w rozgrywanym do trzech zwycięstw finale, ponieważ słabsze personalnie  w stosunku do poprzedniego sezonu zawodniczki CCC napsuły faworytkom sporo krwi. Domowa porażka w drugim spotkaniu stawiała faworytki w trudnym położeniu przed wyjazdem do Polkowic. Po kolejnej wygranej, osiągniętej dzięki znakomitej skuteczności w drugiej połowie, drużyna z Zagłębia Miedziowego znajdowała już o krok od obrony trofeum. W grze ostatniej szansy Svitek zaryzykował, stawiając w istotnym momencie na - "zamrożoną" we wcześniejszej fazie finałowej serii - Skobel, która wniosła więcej pozytywnych wartości od McCray i Krężel. Koszykarki ze stolicy Małopolski wyciągnęły wnioski z poprzednich niepowodzeń, dzięki czemu wyrównały stan rywalizacji na 2-2. Decydujący mecz odbył się w Krakowie, a niesione głośnym dopingiem swoich fanów Lavender, Quigley i spółka okazały się nieznacznie lepsze od polkowiczanek, wobec czego po końcowej syrenie w hali przy ul. Reymonta 22 zapanowała euforia. Świętowano dublet, bo kilka tygodni wcześniej krakowianki zdobyły Puchar Polski.

Mimo problemów w wielkim finale, do którego  Wisła Can-Pack przystępowała w roli wyraźnych faworytek, trzeba przyznać, że w pełni zasłużenie sięgnęła po mistrzowski tytuł - już po raz dwudziesty trzeci w klubowej historii. Prowadzone przez słowackiego szkoleniowca zawodniczki stanowiły o wiele lepiej rozumiejący się kolektyw niż w poprzednim sezonie. Żadna z nich nie gwiazdorzyła, nie grała "pod siebie" (może pewnym wyjątkiem była tutaj zawodząca niemal na całej linii McCray), wyczuwalne było zjednoczenie wokół wspólnego celu. W porównaniu do Hernandeza, Svitek więcej nacisku położył na ofensywę, szybką grę, wyprowadzanie kontr, nie zapominając przy tym o defensywie. Pierwszoplanową postacią stała się Lavender, która zdominowała strefę podkoszową. Sporo do powiedzenia miały Quigley i Żurowska, która została MVP finałowej serii. na rozegraniu coraz pewniej radziła sobie Ouvina. Pod koniec rozgrywek nieco przygasły natomiast Szott-Hejmej, a zwłaszcza Tamane.

W Eurolidze wiślaczki wypadły nieco poniżej oczekiwań. Zabrakło im dosłownie jednego kosza do rozstawienia w fazie play-off, straconego tuż przed końcową syreną ostatniego spotkania fazy grupowej przeciwko Basket Lattes Montpellier. Brzemienna w skutki okazała się także domowa porażka na inaugurację z Rivas Ecopolis Madryt, prowadzonym przez Hernandeza. Teamowi spod Wawelu pozostała rywalizacja z silniejszą kadrowo Nadieżdą Orenburg, która w meczach grupowych dwukrotnie wygrała. Tym razem było podobnie, choć w batalii o Final Eight krakowianki postawiły bardziej zacięty opór, nie będąc w stanie wszakże znaleźć recepty na znakomitą DeWannę Bonner. Marna to była jednak satysfakcja, gdyż cel nie został zrealizowany.

Szkoleniowiec zza południowej granicy pozostał u steru Wisły Can-Pack na kolejny sezon, a w składzie doszło do pewnych korekt. Przede wszystkim pojawiły się trzy zagraniczne koszykarki: Courtney Vandersloot, Gintare Petronyte i Farhiya Abdi. Ta pierwsza "wygryzła" z pierwszej piątki Ouvinę. Dwie kolejne były w lidze zmienniczkami Lavender i Quigley, za to w Eurolidze niemal zawsze wychodziły w startowym zestawieniu. Cele były podobne, jak rok wcześniej. Z powodu kadrowych osłabień w CCC, powszechnie uważano, że krakowska ekipa bez problemów obroni tytuł. Przed hurraoptymizmem przestrzegał Svitek, mówiąc we wrześniu: Musimy pokazać wszystkie nasze umiejętności, aby zrealizować swój cel i na parkiecie udowodnić słuszność opinii ekspertów. Żadnego spotkania nie wygramy przed jego rozpoczęciem. Wiadomo, jak to jest – każdy chce z jak najlepszej strony zaprezentować się przeciwko mistrzowskiemu teamowi, dlatego droga do ponownego triumfu w lidze nie będzie łatwa.

Nie ma większego sensu szczegółowo przypominać wyników wiślaczek w niedawno zakończonym sezonie. Zarówno o starcie w Eurolidze, jak i rezultatach w krajowych zmaganiach pisałem w ostatnich tygodniach. Można tylko zastanowić się, czy trener spełnił stawiane przed nim oczekiwania. Trudno jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Z jednej strony bronią go wyniki - bezapelacyjna dominacja w Polsce, wyrażona bilansem w TBLK 30-1, a także sięgnięciem po Puchar Polski. Niestety, ponownie niedosytem zakończył się występ w Eurolidze. Znów zabrakło nieco szczęścia, które mogło dopisać w Pradze, gdzie późniejsze triumfatorki kontynentalnych zmagań wyrwały drużynie ze stolicy Małopolski zwycięstwo w ostatnich kilkudziesięciu sekundach. - Jak można było to przegrać?! - zastanawiało się później wielu sympatyków Wisły i żeńskiego basketu w ogóle. Kto wie, czy jeszcze bardziej nie szkoda grudniowych przegranych w Montpellier oraz w Kraków Arenie z Galatasaray odeabank Stambuł. W obu tych potyczkach mistrzynie Polski wypadły dość słabo. Dało się zauważyć brak pomysłu na rozwiązanie akcji ofensywnych i duże zmęczenie fizyczne podstawowych zawodniczek w ostatnim miesiącu 2014 roku. Czym ten stan był spowodowany? Największą wiedzę w tej kwestii posiada zapewne Svitek.

Gdy z tureckim zespołem przegrały w ostatniej kolejce również na wyjeździe, stało się jasne, że nie awansują do ćwierćfinału. Kilka dni później generalny menedżer Wisły Can-Pack Kraków (obecnie również prezes TS Wisła) - Piotr Dunin-Suligostowski zaprzeczał, aby niepowodzenie w Eurolidze było równoznaczne ze zmianą coacha, zapowiadając, że dopiero po zakończeniu całego sezonu zostanie dokonana wszechstronna ocena pracy szkoleniowej. Pewne było zatem, iż do tego czasu na trenerskiej ławce nie będzie żadnych roszad, a całkiem niewykluczone, że obie strony podpiszą umowę również na kolejne rozgrywki.

Jakkolwiek nie spojrzeć na brak awansu do fazy pucharowej Euroligi, istotne jest podkreślenie wyjątkowej siły rywalek. Tak się złożyło, że trzy pierwsze teamy grupy A zajęły całe podium podczas praskiego Final Four. Co więcej - po popisowych wręcz zawodach, najlepsza polska ekipa klubowa bardzo przekonująco ograła w swojej hali Dynamo Kursk i ZVVZ USK Praga. To nie były przypadkowe, wymęczone sukcesy i chociaż trzeba też zauważyć, iż dyspozycja rywalek znajdowała się wówczas raczej daleko od ich optymalnej, wiślaczki w tych starciach długimi fragmentami pozostawały w niesamowitym wręcz  gazie, będąc niezwykle trudne do zatrzymania. Tym bardziej szkoda, że swoich wysokich możliwości podopieczne Svitka nie potwierdziły w większości pozostałych spotkań, zwłaszcza wyjazdowych. Niestety, taki stan rzeczy obciąża konto trenera. Pomimo naturalnego w takim przypadku poczucia niedosytu, sama postawa w Eurolidze w obu ostatnich sezonach była na miarę możliwości ekipy ze stolicy Małopolski, stanowiąc niejako wykładnik jej pozycji w kontynentalnej hierarchii, zarówno w kontekście sportowym, jak i finansowym.

Rozważając wszystkie "za" i "przeciw", Słowak dał się zapamiętać z pozytywnej strony. Trzeba pamiętać, że zagraniczni szkoleniowcy nie mają łatwo, czego dobrym przykładem jest Hernandez, który w swoim debiutanckim sezonie doprowadził krakowski klub do zaledwie piątego miejsca w ekstraklasie. Svitek dość szybko "nauczył się" ligi, nie lekceważył rywalek, których lepsze i słabsze strony na ogół dobrze rozpracowywał, umiał w kolejnych spotkaniach wyciągać wnioski z niepowodzeń. Ponadto wpoił podopiecznym "instynkt killera" (niekiedy brakowało go za kadencji Hiszpana), dzięki czemu te nie poprzestawały na relatywnie bezpiecznej przewadze, tylko konsekwentnie ją powiększały. Jak wspomniałem, bez względu na okoliczności trener zza południowej granicy wymagał od koszykarek pełnego zaangażowania. Wydaje się, iż optymalnie wykorzystał umiejętności koszykarek, jakie pozostawały do jego dyspozycji. Lavender była zdecydowanie pierwszą opcją ofensywną, lecz - w przeciwieństwie do Charles - nie stawiało jej to w uprzywilejowanej pozycji w teamie. Widać było dobrą współpracę zawodniczek, a tylko sporadycznie niektóre z nich (głównie McCray i Abdi) grały zbyt indywidualnie, nie dostrzegając lepiej ustawionych partnerek. Jeśli chodzi o pewne mankamenty, to opiekun Wisły Can-Pack nie zawsze trafnie wprowadzał korekty taktyczne w trakcie zawodów, a jego głośne uwagi podczas przerw na żądanie niekoniecznie oddziaływały w oczekiwany sposób na koszykarki, a nawet zwiększały ich nerwowość. Miało to swoje znaczenie podczas zaciętych meczów, a gdy bilans był na minusie, utrudniało odrabianie strat.

W mojej subiektywnej opinii (w której chyba nie pozostaję odosobniony), w trwającej już 12 lat erze Can-Packu lepszym szkoleniowcem od Svitka był jedynie Hernandez. Pomimo swoich pewnych niedoskonałości, pochodzący z Koszyc trener potrafił wywrzeć pozytywny wpływ na postawę prowadzonego przez siebie zespołu, dzięki czemu generalnie spełnił stawiane przed nim oczekiwania. W krajowych rozgrywkach radził sobie znakomicie, zaś rezultaty w Eurolidze może niektórych nieco rozczarowały, lecz używanie słów typu "kompromitacja" jest sporym nieporozumieniem.

Kto będzie następcą? Na razie brak jakichkolwiek sygnałów na ten temat. Wiele wskazuje jednak na to, iż znów władze klubu z ul. Reymonta 22 sięgną po zagranicznego fachowca.


 



Spokojny i waleczny - wywiad z Rafałem Boguskim

Jeszcze wczoraj wydawało się, że przygoda Rafała Boguskiego dobiega końca. Dziś "Boguś" negocjuje nowy kontrakt i wszystko wskazuje na to, że zostaje z nami na kolejny sezon! 

Blog - Kuba Błaszczykowski
Pozostałe blogi
Blog - Justyna Żurowska-Cegielska
Blog - Radwansport
Blog - Karolina Surma
Blog - Tomasz Sarara