Polecamy

Kosowski: To moje życie po życiu

Dodano: 2014-09-24 13:57:02 (aktualizacja: 2014-09-24 21:24:34)
eŁPe / WislaLive.pl
fot. WislaLive.pl

Jak odnalazł się w nowej, niepiłkarskiej rzeczywistości? Czy nadal utrzymuje kontakt z kolegami z tzw. "Wielkiej Wisły"? Dlaczego nie chce mieszkać w Krakowie? Kogo z byłych Wiślaków zabiera na ryby? I wreszcie - jakie ma marzenie? O to wszystko i wiele więcej zapytaliśmy Kamila Kosowskiego.

Co u pana słychać? Jak wygląda obecnie pana życie?    

Kamil Kosowski:
- Można powiedzieć, że to moje życie po życiu... piłkarza. Na pewno budzę się teraz dużo wcześniej, niż kiedyś, bo jednego syna trzeba zawieźć do szkoły, a młodszy w ogóle wstaje już o 6 rano. Generalnie jakoś bardzo to życie się nie zmieniło, bo w domu funkcjonujemy raczej tak samo. Jedyną odczuwalną dla mnie zmianą jest to, że o godzinie 10 nie wsiadam do samochodu i nie jadę na trening, lecz jestem do dyspozycji żony.

Kopie pan jeszcze czasami w piłkę?                                                                                                              
- Trzy razy w tygodniu staram się pójść na salę i trochę potrenować. Dbam o kondycję.

Mieszka pan w Mikołowie. Dlaczego nie chciał pan zostać w Krakowie?

- Kiedyś nie wyobrażałem sobie mieszkania poza ścisłym centrum Krakowa. Jednak priorytety z wiekiem się zmieniają. Mam 37 lat i chyba nie dałbym rady już tam mieszkać. Widzę, jak to miasto się strasznie zmieniło i zakorkowało. Śląsk jest chyba najlepiej skomunikowanym regionem w Polsce, więc nie wyobrażam sobie teraz codziennego stania w krakowskich korkach. Dobrze mi w Mikołowie.

W Mikołowie mieszka także Marcin Baszczyński. Spotykacie się czasami, jak za starych, dobrych czasów?

- Oczywiście, że tak. Nasze relacje są niezmienne od 18 lat. Niestety na razie nie możemy pograć razem w piłkę, bo Marcin jeszcze nie doszedł do siebie po rekonstrukcji wiązadeł. Ale oprócz piłki nożnej mamy wspólne hobby – regularnie jeździmy na ryby. 

Utrzymuje pan kontakt z kimś jeszcze z tej starej, wiślackiej ekipy?

- Jakieś relację są, ale na pewno trochę się one już zatarły. Nadal jesteśmy kumplami, ale każdy z nas ma swoją rodzinę, zobowiązania, priorytety, więc na pewno nie jest tak, jak dawniej. Bardzo żałuję, że nie ma spotkań tych starych Wiślaków.

Długo przebiegała pana aklimatyzacja w życiu po życiu...piłkarskim?

- Ja sam nie wiem, czy tak naprawdę kiedykolwiek w 100 procentach się odnajdę w tej nowej, niepiłkarskiej rzeczywistości. Muszę jednak przyznać, że przebiegło to bardzo płynnie – w dużej mierze dzięki stacji Canal Plus, która mnie zatrudniła i pozwoliła na miękkie lądowanie. Mam taką pracę, która pozwala mi często przebywać wśród piłkarzy, być na stadionach, czuć zapach murawy. To dla mnie bardzo ważne. Psychicznie czuję się dobrze, bo sam dbam o kondycję fizyczną, nie pozwalam sobie na jakieś dodatkowe kilogramy, a jeśli ciało jest sprawne, to i głowa działa poprawnie. Jest OK. 

Praca w telewizji jest trudniejsza, niż pan się spodziewał?

- Początki nie należały do najłatwiejszych, byłem spięty, ale tego podobno nie da się przeskoczyć. Oczywiście teraz niektórym nie podoba się to, co mówię i w jaki sposób, ale wszystkich zadowolić się nie da. Dopóki będzie możliwość pracowania w redakcji sportowej Canal Plus, to bardzo chętnie będę tutaj przyjeżdżał. Grałem w piłkę, więc trochę się na niej znam.

Mówił pan kiedyś, że po zakończeniu kariery piłkarskiej zajmie się pan jakimś biznesem. Plany się  ziściły?

- Podchodzę do tego tematu bardzo spokojnie, bo projekt jest rozciągnięty w czasie, którego ostatnio bardzo mi brakuje. Kiedy grałem w piłkę, to wszystko było poukładane i na wszystko miałem czas. Teraz nie gram, teoretycznie mam mnóstwo czasu, ale w rzeczywistości doba dla mnie jest za krótka. Bardzo często coś nagle wyskakuje i trzeba zmieniać plany, co mnie irytuję, bo przypominam sobie, kiedy byłem czynnym zawodnikiem i wówczas jakoś łatwiej było mi ogarnąć wszystko to, co wokół mnie się działo. Ale tak – pomysł na biznes jest.

Ma pan do siebie pretensje o to, że zagraniczna kariera nie przebiegła tak, jak pan zakładał?

- Czasami sobie siadam i analizuję to wszystko. Na pewno jest jakiś żal. Pewne rzeczy działy się tylko i wyłącznie z mojej winy, bo nie sprzedałem się na boisku wystarczająco dobrze. Ale są też menadżerowie, różne dziwne osoby powiązane z klubami, które nie ułatwiały mi wtedy życia. Największy problem polegał chyba na tym, że z najlepszego polskiego klubu, jakim była wtedy Wisła, poszedłem do niemieckiego średniaka, żeby nie powiedzieć słabeusza. Oczywiście nic nie umniejszając Kaiserslautern, bo to fantastyczny i świetnie zorganizowany klub z super kibicami. 

W Niemczech graliśmy o utrzymanie, a w najlepszym przypadku o środek tabeli. W Polsce przyzwyczajony byłem do wygrywania, mistrzostwa Polski i gry w europejskich pucharach. Być może zrobiłbym lepiej, gdybym odszedł do słabszej ligi i grał w topowym zespole.

Powiedział pan kiedyś, że bardzo dużo zawdzięcza pan prezesowi Cupiałowi. Co mu pan zawdzięcza?

- Prezes wziął mnie do Wisły z Górnika Zabrze, któremu zapłacił prawie 2 miliony marek. Jak na polskie warunki – taka kwota nawet dziś robi duże wrażenie. Gdybym został w Górniku, to pewnie nie osiągnąłby w piłce tyle, co udało mi się osiągnąć z Białą Gwiazdą, być może w ogóle nie trafiłbym do reprezentacji Polski. 

O prezesa Cupiała i pana wdzięczności do niego pytam nie bez powodu. Z jednej strony mówi pan, że dużo mu zawdzięcza, a z drugiej pozostał chyba pewien niesmak, kiedy bardzo dużo mówiło się o tym, że po powrocie do Wisły grał pan za miesięczną pensję, która wystarczała panu tylko na pampersy dla dziecka...

- O wdzięczności do Pana Cupiała mówiłem w kontekście właściciela Wisły, który 15 lat temu zdecydował się wyłożyć na mnie kupę kasy, zainwestował we mnie, dzięki czemu rozwinąłem się piłkarsko. Natomiast jeśli mowa o tej „pensji na pampersy”, to nie ma w tym żadnego przekłamania. W 2007 roku wróciłem do Krakowa i rzeczywiście zgodziłem się grać przez pół roku za 1500 zł brutto miesięcznie. Mieszkałem w Mikołowie, więc na same dojazdy do Krakowa przeznaczałem większość tych pieniędzy. Oczywiście dostawałem premie uznaniowe, ale one raz były, a raz nie...

Chcę podkreślić, że nigdy się nie skarżyłem na warunki, bo sam się przecież na nie zgodziłem. Cała ta „pampersowa afera” urosła po wywiadzie, którego udzieliłem – jeśli dobrze pamiętam – Andrzejowi Twarowskiemu i Tomkowi Smokowskiemu po meczu z Legią. Jeśli ktoś odebrał moje słowa jako skarżenie się i poczuł się tym urażony, to mocno przepraszam. Na pewno nic złego nie miałem wtedy na myśli. Byłem Wiśle wdzięczny, bo po przygodzie z zagranicznymi klubami mogłem wreszcie w Wiśle odżyć piłkarsko.

Później miałem podpisać z Wisłą lepszy, 5-letni kontrakt, ale ostatecznie go nie podpisałem, bo nie dogadaliśmy się z klubem.

A gdyby dziś zadzwonił do pana prezes Miętta i powiedział: Kamil, chcielibyśmy, żebyś dla nas pracował, ale co Ty możesz dać Wiśle?”, to co by pan zrobił?

- Zależy, w jakiej roli widziałby mnie prezes Miętta przy Reymonta. Ja nigdy nie ukrywałem swojej przynależności klubowej. Ba! Bardzo często kibicom innych zespołu przez to się narażałem. Natomiast powiem szczerze: jeśli Wisła chciałaby wykorzystać mój potencjał w jakiś minimalny sposób, to mnie to nie interesuje. Jeśli miałbym coś zrobić przy Reymonta, to przede wszystkim chciałbym mieć na coś wpływ i czerpać satysfakcję z tej pracy. Nie nadaję się do prowadzenia drużyn młodzieżowych, bo do tego trzeba mieć powołanie i serce. Ja w takiej roli się nie widzę. Jeśli zaś realnie moja praca wpływałaby na poziom pierwszej drużyny Wisły, trener mógłby skorzystać z mojej wiedzy, a ja byłbym przekonany co do słuszności mojej roli, to na pewno skorzystałbym z takiej oferty. 

Jak pan ocenia zwolnienie ze stanowiska prezesa Wisły Kraków Jacka Bednarza?

- Nie chcę tego oceniać, bo jestem między młotem a kowadłem. Ja z Jackiem zawsze miałem dobre relacje i nie mogę powiedzieć o nim złego słowa. Z drugiej strony są kibice, którzy się z nim nie dogadywali. Nie mam zbyt dużej wiedzy, o co tam tak naprawdę chodziło, więc wolałbym przemilczeć ten temat. Ja całym sercem jestem z Wisłą i życzę jej, żeby znowu stała się wielka – sportowo i finansowo. 

Czego kibice Wisły mogą panu życzyć?

- Bardzo bym chciał, żeby być może właśnie kibice, którzy są teraz blisko klubu, pomogli w zorganizowaniu pożegnalnego meczu tej wielkiej Wisły z lat 2002-2007, w której miałem przyjemność grać. To była fantastyczna paczka kolegów, ale przede wszystkim świetnych piłkarzy, którzy mam wrażenie nie pożegnali się z Reymonta tak, jakby naprawdę chcieli. Wielu z nas grało później w zagranicznych klubach i ma przecież kontakty. Gdybyśmy zaprosili chociaż po jednym koledze z zagranicy i zorganizowali przy Reymonta taki mecz, to byłoby to świetne wydarzenie. Podziękowalibyśmy tym kibicom, którzy te kilkanaście lat temu tak wspaniale nas dopingowali. Można powiedzieć, że to takie moje mini-marzenie.

Rozmawiał eŁPe 



Wywiad z Wiślackim Gattuso - Polem Llonchiem

Rozmowa z zawodnikiem, który przebojem wdarł się do składu BG zaraz po transferze i obecnie jest bardzo ważną postacią środka pola. Dziś Pol przedłużył swój kontrakt o rok.

Blog - Kuba Błaszczykowski
Pozostałe blogi
Blog - Justyna Żurowska-Cegielska
Blog - Radwansport
Blog - Karolina Surma
Blog - Tomasz Sarara