Polecamy

Marek Solecki: Radio jest teatrem wyobraźni

Dodano: 2013-12-26 12:31:10 (aktualizacja: 2014-01-05 10:48:08)
Paweł / WislaLive.pl

- Zawód dziennikarza sportowego to jedna z najtrudniejszych specjalizacji dziennikarskich - podkreśla w wywiadzie dla naszego serwisu Marek Solecki. Znany dziennikarz Radia Kraków opowiedział nam o kulisach swojej pracy, a także odniósł się do kwestii związanych z drużynami piłkarzy i koszykarek krakowskiej Wisły. Zapraszamy do lektury!

Jak to się stało, że trafił Pan do Radia Kraków i jak wspomina Pan swój radiowy debiut?

Tak naprawdę mój debiut na radiowej antenie miał miejsce w Radiu Centrum, nadającym w Miasteczku Studenckim AGH. Kolega z akademika podsunął mi pomysł, abyśmy spróbowali stworzyć coś o sporcie, ponieważ tej tematyki tam brakowało. Tak powstał nadawany raz w tygodniu magazyn sportowy, podsumowujący wydarzenia całego tygodnia. Nawiązaliśmy współpracę z Polską Agencją Prasową, od której z taśmy dalekopisu otrzymywaliśmy wydruk różnych informacji sportowych. Na ich podstawie zaczęliśmy nadawać programy - początkowo tworzyliśmy je na próbę. Nasza audycja była dostępna w radiowęźle, przez sieć głośników umieszczonych w pokojach studenckich – program nie był wtedy nadawany na UKF. W dzieciństwie myślałem trochę o tym, że komentowanie wydarzeń sportowych może być dość ciekawe. Jednak to były jeszcze czasy komuny i wydawało mi się raczej mało prawdopodobne, że można przebić się do państwowego radia czy telewizji. Moje początki w Radiu Centrum to była druga połowa lat 80-tych. Pierwszy raz w Radiu Kraków pojawiłem się natomiast w drugiej połowie 1989 roku – poszedłem wtedy do ówczesnej siedziby rozgłośni, przy ul. Szlak, na rozmowę z red. Tadeuszem Kwaśniakiem. Ponieważ wówczas była taka sytuacja, że Grzegorz Bernasik miał wtedy zajęcia wojskowe i nie było go przez pewien czas, niejako naturalnie wskoczyłem na jego miejsce, a później okazało się, że pozostanę. Początkowo było tak, że przychodziłem do radia głównie w soboty i niedziele – nie znałem w zasadzie nikogo oprócz kilku osób, z którymi współpracowałem. Radio Kraków nadawało wówczas swój program tylko kilka godzin na dobę.

Nikt nie urodził się komentatorem sportowym. Jak to było w Pana przypadku? Czy czerpał Pan jakieś wzorce, ktoś był dla Pana autorytetem?

Myślę jednak, że trzeba się z czymś takim urodzić. Na przykład są ludzie, którzy nigdy w życiu nie są w stanie nauczyć się prowadzić samochodu. Nie ulega wątpliwości, iż ciężka praca i profesjonalne podejście dają efekty. Jeśli chodzi o takie czysto głosowe umiejętności, to po prostu posiada się je lub nie i pewnych rzeczy nie można przeskoczyć nawet ciężką pracą. Podstawą jest odpowiednie przygotowanie do programów – nie można wejść z marszu i bez żadnego przygotowania coś zrealizować. Trzeba to wszystko wypracować, przygotować, wiedzieć. Tak, jak w każdej dziedzinie życia – jeśli człowiek wie więcej, łatwiej mu pracować.

Jak wygląda taki przykładowy dzień w redakcji sportowej? Czy więcej obowiązków jest w trakcie tygodnia, czy też w weekend, gdy zazwyczaj są relacje z meczu?

Jeśli chodzi o moje obowiązki to praca w redakcji sportowej nie jest wszystkim. Było tak od momentu, gdy w pełni poświęciłem się pracy w Radiu Kraków, rezygnując z Radia Centrum. Szybko zacząłem prowadzić serwisy informacyjne, pracowałem jako reporter przygotowujący materiały do serwisów, a obecnie pełnię obowiązki wydawcy programów informacyjnych. To tylko częściowo wiąże się ze sportem, ponieważ warto orientować się, czy jakieś wydarzenie sportowe jest ważne i czy warto o nim powiedzieć więcej w takim programie. Serwisy informacyjne były przez wiele lat podstawową rzeczą, którą oprócz sportu zajmowałem się w redakcji. Była to dla mnie dobra odskocznia, ponieważ zaangażowanie się tylko w jedną działkę zawęża pole widzenia. Jeśli natomiast chodzi o sam sport, wygląda to tak, że w tygodniu mamy codziennie po trzy serwisy sportowe rano i jeden wieczorem, programy w weekend, transmisje meczów, a jeśli jest jakieś ważne wydarzenie, dostarczamy materiały do programów informacyjnych.

Zawód dziennikarza sportowego jest uważany za jeden z najbardziej przyjemnych. Czy na podstawie swojego ogromnego doświadczenia potrafi Pan wskazać minusy swojego zawodu?

Tak, że... jest to jedna z najtrudniejszych specjalizacji dziennikarskich. Nie żebym chciał się chwalić czy narzekać na to, czym się zajmuję, ale patrząc na pracę reporterów informacyjnych, porównując prowadzenie audycji sportowych do informacyjnych czy muzycznych, to mówię z pełnym przekonaniem, że jest to chyba najtrudniejszy rodzaj dziennikarstwa. W sporcie dużo rzeczy robi się „na żywo”, zwłaszcza w radiu i telewizji. Nie ma takiego komfortu, jaki często mają dziennikarze informacyjni, którzy spokojnie mogą kilka razy nagrać wejście na daną godzinę i wybrać najlepsze z nich. W relacjach sportowych nie ma takiej możliwości – są wejścia „na żywo”, wiadomo, jakie są warunki na obiektach sportowych. Często 5 minut przed wejściem na antenę widziało się wszystko, a gdy kibice wstaną i zaczną wymachiwać, nie widzi się dosłownie nic i trzeba wtedy improwizować. Poza tym jest jeszcze kwestia możliwości technicznych, które zdecydowanie lepsze są w pracy komentatora telewizyjnego. W przypadku sprawozdawcy radiowego wygląda to tak, że jestem kierowcą, który sam musi dojechać na miejsce, jestem technikiem, który sam instaluje sprzęt, jestem komentatorem, który opowiada o tym, co się dzieje. Wszystko jest fajne, ale do momentu, gdy wszystko działa bez zakłóceń. Jeżeli natomiast są problemy na drodze, przez co wpadnie się na stanowisko minutę przed rozpoczęciem meczu, łącze nie działa albo kabel się urwał, a już powinienem być na antenie albo za chwilę mam wejście, jednocześnie próbuję oglądać mecz, dogadując się z technikiem, jest to rzeczywiście niezła łamigłówka.

Czy jest stres, adrenalina przed wejściem na antenę, czy też po jakimś czasie można to pokonać?

Czasem wpada się w pewną rutynę, zwłaszcza, gdy mecz nie dostarcza żadnych emocji. Choćby w piłce nożnej, kiedy jest 0:0 i nie ma nawet choćby jednej podbramkowej sytuacji. Najlepsze są wydarzenia, które automatycznie wszystkich nakręcają, łącznie ze sprawozdawcą. Bardziej stresuje mnie sytuacja, kiedy pojawiają się nieoczekiwane kłopoty, na przykład techniczne. Jak choćby w poprzednim sezonie podczas meczu finałowego Pucharu Konfederacji siatkarek, rozgrywanego przez siatkarki Muszynianki w Stambule. Około 1,5 godziny przed jego rozpoczęciem jestem w hali, sprawdzam łącze – wszystko funkcjonuje. Kiedy po kilku chwilach wracam na stanowisko, okazuje się, że łącze nie działa. Mecz się zaczyna, ma być transmitowany na antenie radia w całości. Kontakt z Turkami jest ograniczony – mówią tylko w swoim języku, a na dodatek nie ma w hali technika, który zresztą i tak niewiele pomógłby, gdyż tumult w hali był niesamowity. Nie wiadomo, co robić w takim przypadku - przejechałem pół Europy na najważniejszy mecz dla tej drużyny i niezwykle istotny dla polskiej siatkówki. Z zupełnie niewiadomych przyczyn, po wypięciu i ponownym wpięciu wszystkich kabli i wciśnięciu guzika, przed rozpoczęciem piątego seta okazało się, że wszystko działa. Mam taką spiskową teorię, że ktoś szedł, kabel wypiął się i został włożony do innego gniazdka. Z jednej strony świetna sprawa – wygrana Muszynianki z bardzo silnym zespołem w tak prestiżowym meczu, z drugiej – 2 godziny walki ze sprzętem i myślenia, co robić. Chyba właśnie takie sytuacje, jak opisana, są obecnie dla mnie źródłem największego stresu.

Relacjonuje Pan wiele dyscyplin. Który sport jest najtrudniejszy do komentowania?

Wydaje mi się, że hokej na lodzie – tak naprawdę to mój ulubiony sport. Znam wiele osób, które mówią, że nie będą oglądać meczu hokejowego, bo nie widzą tego małego, szybko pędzącego po lodowisku krążka i nie mają orientacji, co się tam dzieje. Tempo, zmienność sytuacji – wydaje mi się, że to jest największe wyzwanie przy relacjonowaniu tej dyscypliny.

Jak wygląda polityka Radia Kraków dotycząca sportu? Jakie są plany?

Polityka firmy jest taka, że robimy transmisje z ważnych rzeczy, czyli ze spotkań obu krakowskich klubów w piłkarskiej ekstraklasie, a jeśli pasują nam godziny - „wchodzimy” w popołudniowe audycje w soboty i niedziele, relacjonując mecze koszykarek Wisły Can-Pack i siatkarek Muszynianki, czasami mecze I ligi piłkarskiej małopolskich zespołów. Transmisje w całości są natomiast na sportowym kanale, umieszczonym na stronie internetowej radia. Znajdują się tam cztery „playery” - oprócz programów dostępnych osobno, zwłaszcza w tygodniu, dla rejonów Krakowa, Tarnowa i Nowego Sącza, jest jeszcze właśnie kanał sportowy. Mecze żużlowców Unii Tarnów relacjonowane są natomiast na kanale sportowym i na „rozszyciu” tarnowskim, dzięki czemu w tym mieście i okolicach można słuchać transmisji także tradycyjnie, w radioodbiornikach. Hokej rzadko gości na antenie Radia Kraków, choć relacjonowaliśmy na kanale sportowym wszystkie mecze finałowe Cracovii w poprzednim sezonie. W porównaniu do tego, co było kilka lat temu, kiedy transmisje były dostępne w radiu – dziś można tam posłuchać tylko raportów z meczów co kwadrans albo w wiadomościach co 1 godzinę. Plusem jest to, że pojawiła się dla posiadaczy tabletów czy smartfonów możliwość słuchania transmisji po zainstalowaniu aplikacji, bez względu na miejsce położenia, nawet w USA czy Australii. Zasięg jest zatem o wiele szerszy niż dawniej. Mam jednak świadomość, że są grupy ludzi, jak np. niewidomi czy taksówkarze, dla których radio jest jednym z podstawowych źródeł informacji i są do niego przyzwyczajeni. Nie wydaje mi się, że dociera do nich wszystko to, co jest w Internecie.

W jaki sposób przekonałby Pan kibica do słuchania transmisji w radiu, gdy może obejrzeć go w telewizji?

Kilka razy słyszałem, że mecz, z którego transmisję ktoś słuchał w radiu, był dwa razy ciekawszy niż ten oglądany w telewizji czy bezpośrednio na stadionie. Oczywistym plusem telewizji jest to, że można wszystko zobaczyć. Radio może jednak stworzyć duże widowisko i emocje, nawet nie mówiąc już o najbardziej znanym komentatorze radiowym w Polsce, czyli Tomaszu Zimochu, dla którego według mnie mecz nie jest specjalnie potrzebny – sam potrafi stworzyć show. Jest to spora umiejętność, bowiem nie każdy to potrafi. Pamiętam jednego ze znanych obecnie dziennikarzy telewizyjnych, który przez lata pracował w radiu, ale nie cierpiał piłki nożnej, a raz musiał awaryjnie komentować mecz piłkarskiej ekstraklasy w ramach ówczesnego Studia S-13 – jego wejścia na antenę były w stylu: „jest 0:0, tutaj naprawdę kompletnie nic się nie dzieje, żadnej akcji, chaotyczne bieganie w środku”. Podsumowując – telewizja ma obraz i jest to jej siła, natomiast o radiu zawsze mówiło się, że jest teatrem wyobraźni. Myślę, że jest to ciągle aktualne - mimo tego, że czasy się zmieniają i niektórzy mówią, że tradycyjne środki przekazu wkrótce upadną, to wydaje mi się, że radio jest w stanie się obronić i ciągle będą ludzie, którzy będą chcieli go słuchać.

Czy mógłby Pan opowiedzieć nam o jakichś zabawnych sytuacjach?

Takich różnych wpadek trochę było. Choćby moja pierwsza większa międzynarodowa impreza – Mistrzostwa Europy koszykarek na Węgrzech. Miałem wejścia co kilka minut dla Programu 1 Polskiego Radia. W pewnym momencie, po zakończeniu wejścia słyszę rechot prowadzącego. Zapytałem, co się stało. Odpowiedział: „Właśnie powiedziałeś, że w meczu w Pecsu (wymawia się Pecz – przyp. autorzy) jest wynik...”. W początkach kariery w Radiu Kraków zdarzyło mi się zapytać panią, która została przedstawiona jako członek Polskiego Komitetu Olimpijskiego i przyjechała do Krakowa na zawody badmintona, skąd u niej takie zainteresowanie tą dyscypliną sportu. Odpowiedziała, że przecież była prezesem Polskiego Związku Badmintona. Tego typu historie się zdarzają, ale wynika to z tego, o czym mówiłem wcześniej – człowiek musi być przygotowany do swojej pracy, bo jeśli działa z marszu, łatwo może trafić na jakąś „minę”.

Jakich wskazówek udzieliłby Pan młodym ludziom, którzy chcieliby zostać dziennikarzami sportowymi?

Z jednej strony na pewno warunkiem jest zainteresowanie sportem, chodzenie na mecze i ich uważne obserwowanie, znajomość przepisów. Ale gdybym miał dać jedną konkretną radę, to poleciłbym czytanie książek, i to nie sportowych tylko tych klasycznych. Jedną z najistotniejszych rzeczy w dziennikarstwie jest bowiem posługiwanie się poprawną polszczyzną i posiadanie jak najbogatszego słownictwa.

Piłkarze Wisły Kraków przed sezonem byli wymieniani przez niektórych jako kandydat do spadku, a obecnie zajmują miejsce na podium rozgrywek T-Mobile Ekstraklasy. Czy są w stanie utrzymać je w rundzie wiosennej?

Myślę, że w dużej mierze będzie zależeć to od transferów. Przy tym systemie rozgrywek, granie składem, jaki obecnie posiada Wisła - czyli z minimalną możliwością rotacji, gdyż de facto na odpowiednim poziomie jest 13-14 graczy – może być bardzo trudne. Jeśli natomiast będą transfery, to Wisła może nawet walczyć o mistrzostwo. Nie bardzo rozumiem, co dzieje się w warszawskiej Legii, zresztą mało kto chyba to rozumie, natomiast Wisła, jak na obecny potencjał, zasłużyła na wielkie słowa uznania. Więcej chyba nie dało się osiągnąć.

Na czym polega trenerski fenomen Franciszka Smudy? Czym różni się od poprzedników – Kazimierza Moskala, Michała Probierza czy Tomasza Kulawika?

Wydaje mi się, że w podejściu do zawodników. Tego nie da się wytłumaczyć w racjonalny sposób – przygotowaniami czy taktyką. Ważne tutaj są umiejętności dogadania się z zawodnikami i przekonania ich, że są w stanie coś osiągnąć. A poza tym Smudzie wyjątkowo ten krakowski klimat służy – pamiętamy jego różne nieudane eksperymenty. Z reprezentacją za wiele nie osiągnął, a w Wiśle z reguły pracuje mu się dobrze. Myślę, że to jedyny człowiek, który jest w stanie przekonać Bogusława Cupiała do tego, aby zagrać o coś więcej na wiosnę i by wyłożyć odpowiednie pieniądze na ten cel. Innym idzie to bardzo ciężko, a Smudzie jest chyba w tej kwestii trochę łatwiej.

Jakie są różnice w komentowaniu piłki nożnej i koszykówki?

Piłka nożna, oprócz tego, że jest najpopularniejszym sportem w Polsce i na świecie, to – według mnie – należy do mniej ciekawych dyscyplin. Choć oczywiście, jeśli jakaś dyscyplina jest na najwyższym światowym poziomie to i kibicom oglądanie takich zawodów sprawia przyjemność i sprawozdawcy łatwiej jest to komentować. Ze względu na rozmiar boiska, w piłce nożnej wszystko jednak trwa długo, piłka powoli wędruje spod jednej bramki pod drugą, dlatego podczas akcji można coś opowiedzieć, przedstawić słuchaczom ciekawostki. W koszykówce wystarczy jedno podanie i już jest akcja pod drugim koszem. Trudno jest znaleźć czas na mówienie o sprawach bezpośrednio niezwiązanych z grą – chyba, że akurat jest przerwa na żądanie.

Który z komentowanych przez Pana meczów koszykarek Wisły Can-Pack najbardziej zapadł Panu w pamięć?

Mam tutaj o wiele trudniejszy wybór niż w przypadku piłkarzy. W piłce niezapomniane było zwycięstwo Wisły 4:1 w Gelsenkirchen z Schalke04. Była to olbrzymia przyjemność zobaczyć polski zespół, wygrywający w europejskich pucharach w takim stylu – nie po jednej akcji, gdzie przypadkiem odbiło się i wpadło, tylko z ogromnym rozmachem, na posiadającym wysuwaną płytę super stadionie, który Niemcy wybudowali za niebotyczne pieniądze. Niesamowite było zobaczyć rozczarowanych niemieckich kibiców, którzy wychodzili ze stadionu 15-20 minut przed zakończeniem meczu. Obok doświadczeń olimpijskich, to wydarzenie stawiam w ścisłej czołówce pod względem swoich radości komentatorskich. Natomiast jeśli chodzi o koszykarki, najmilej wspominam bardzo dramatyczny mecz w Pecsu, w pierwszym sezonie kadencji Jose Hernandeza. Udało się wówczas obronić ostatnią akcję, dzięki czemu Wisła Can-Pack wywiozła zwycięstwo. Polecieliśmy tam czarterem – to były czasy, gdy latałem z ekipą, co generalnie w mojej karierze dziennikarskiej było rzadkością. Później kibice chyba przyzwyczaili się do tego, że koszykarki Wisły wygrywają w Eurolidze u siebie, a często udaje się im zwyciężyć także na wyjazdach. Natomiast ten mecz na Węgrzech był w momencie, kiedy nie do końca zdawaliśmy sobie sprawę, co można ugrać w Eurolidze. Po kilku miesiącach przyszedł awans do Final Four. Był to początek tworzenia ekipy na miarę europejską.

Wiadomo, że takie porównania nie są łatwe, ale który zespół koszykarek w erze Can-Packu uznaje Pan za najsilniejszy?

Trudno powiedzieć, ale chyba właśnie ten z sezonu 2009/2010. Bardzo ważną postacią w tamtej drużynie była Ewelina Kobryn, która sporo dla Wisły znaczyła, a jej późniejsze odejście okazało się dużym osłabieniem. We wspomnianym sezonie było rozczarowanie w ekstraklasie, bowiem nie udało się awansować nawet do półfinału play-off, jednak w zasadzie każdy sezon był taki, że albo udało się zdobyć mistrzostwo Polski, a w Eurolidze wynik był poniżej oczekiwań, albo działo się na odwrót.

Co najbardziej zawiodło w poprzednim sezonie w ekipie koszykarek? Chyba nie wszystko można tłumaczyć kontuzjami?

Ostatnio w ogóle jest problem ze skompletowaniem odpowiedniego składu - trochę inaczej to wyglądało niż wcześniejsze zamierzenia. W kilku poprzednich sezonach były pewne problemy wewnątrz drużyny. Myślę, że atmosfera ma bardzo duży wpływ na wyniki. Tak się to układa, że jeżeli nie ma zgrzytów przez cały sezon, przychodzą bardzo dobre rezultaty.

Czy spodziewał się Pan, że Jantel Lavender będzie kluczową zawodniczką Wisły w obecnym sezonie?

Raczej nie. Po ubiegłorocznych doświadczeniach z mega gwiazdą - Tiną Charles, trudno było przewidzieć, że Lavender - grająca już kiedyś w barwach CCC Polkowice, gdzie jednak nie grała rewelacyjnie, ale „tylko” solidnie – odegra tak istotną rolę w krakowskiej drużynie. W ogóle skład na ten sezon został zbudowany z myślą o grze zespołowej, nie kupiono gwiazd.

Abstrahując od kwestii obowiązku przebywania dwóch Polek na parkiecie w ekstraklasie, czy nie ma Pan jednak wrażenia, że skład skonstruowano bardziej pod kątem ligi i odzyskania tytułu, jakby na dalszym planie stawiając walkę w Eurolidze?

Odnośnie koszykarek zagranicznych, wydaje mi się, że większy wpływ ma budżet niż zamiary kierownictwa czy trenera. Jeśli natomiast chodzi o Polki, to mam wrażenie, że lista dobrych krajowych zawodniczek coraz bardziej ulega zawężeniu. Pamiętamy zdobycie tytułu mistrzyń Europy w Katowicach w 1999 roku, później wydawało się, że mając Agnieszkę Bibrzycką, Ewelinę Kobryn czy sporo dziewczyn, które niemało potrafią, reprezentacja nadal jest w stanie z powodzeniem walczyć na europejskiej arenie. Obecnie należałoby zacząć budować kadrę w perspektywie kilku lat, zastanowić się, czy w reprezentacjach niższych kategorii wiekowych są w ogóle jakieś talenty. W męskiej koszykówce jest nieporównanie lepsza sytuacja – weszła generacja zawodników, którzy zdobyli wicemistrzostwo świata i przy wsparciu tak znaczącej osobowości, jak Marcin Gortat, może to przynieść efekty.

Jak porówna Pan trenera Stefana Svitka do Jose Hernandeza?

Trener Svitek próbuje nauczyć zawodniczki gry szybkiej, widowiskowej. Stara koszykarka prawda głosi jednak, że mecze wygrywa się obroną. Wydaje mi się, że Hernandez większy nacisk kładł na defensywę i zespół był wówczas bardziej pod tym kątem przygotowany do występów euroligowych niż obecny. Faktem jest, że takich spektakularnych sukcesów nie da się osiągnąć w krótkim czasie, zwłaszcza jeśli skład drużyny w dużym stopniu uległ zmianie. Za wcześnie zatem na ocenę pracy Svitka. Jednak warto przypomnieć, że na początku pracy Hernandezowi udało się doprowadzić Wisłę do awansu do Final Four, co było olbrzymim osiągnięciem. Pamiętam taką zabawną sytuację z odprawy przed meczem wyjazdowym we wspomnianym sezonie. W pewnym momencie trener przejęzyczył się, mówiąc do zawodniczek: „musicie pokazać, że jesteście najlepszą drużyną w Eurolidze”. Dopiero po chwili Hernandez poprawił się: „najlepszą drużyną w grupie”. Jednak ta pomyłka w pewnym sensie pokazała, że Wisła była zespołem, który był w stanie wygrać z każdym. Nie udało się nic ugrać w turniejach finałowych, ale wydaje mi się, że wówczas Euroliga stała na wyższym poziomie niż obecnie.

Dziękujemy bardzo za rozmowę.

Dziękuję również.

 

Rozmawiali: Krzysztof i Paweł

 

 


Blog - Kuba Błaszczykowski
Pozostałe blogi
Blog - Justyna Żurowska-Cegielska
Blog - Radwansport
Blog - Karolina Surma
Blog - Tomasz Sarara