Sylwetka

Leszek Snopkowski - Waleczny piłkarz od zadań specjalnych

Dodano: 2012-07-10 10:29:09 (aktualizacja: 2012-07-14 10:05:05)
doodi88 / WislaLive.pl

Urodził się w roku 1928. Przez 14 lat reprezentował Wisłę w najwyższej klasie rozgrywkowej, 185 razy przywdziewając jej trykot. W roku 1949 i 1950 był członkiem ekipy, która dwa razy z rzędu okazywała się najlepsza w całej Polsce. Sześćdziesiąt lat później kapituła pod nadzorem Bogdana Basałaja wybrała go do grona wiślackich legend.


Podobno do Wisły trafił Pan w 1944 roku czyli jeszcze w czasie wojny. Jakie były tego okoliczności?

Wisłą interesowałem się już przed wojną. Najlepiej pamiętam rok 1936 i mecz z Chelsea z okazji 30-lecia Białej Gwiazdy. Spotkanie Wisła wygrała 1:0, a pamiętną bramkę strzelił Łyko po rzucie karnym. Nie był to Andrzej Łyko, z którym grałem potem w Wiśle, ale jego brat, który stracił życie w Oświęcimiu. Pamiętam, że specjalnie na to spotkanie, od strony Parku Jordana, dobudowana została trybuna. Właśnie z tej trybuny, razem z ojcem, oglądałem spotkanie. Ojciec był kibicem Wisły, można nawet powiedzieć fanatykiem. Z zawodu był szewcem, do jego pracowni często przychodzili koledzy – równie zagorzali fani Wisły.

Czyli to tradycje rodzinne sprawiły, że trafił Pan właśnie do Białej Gwiazdy?

Nie do końca. Przede mną nikt z rodziny nie uprawiał w Wiśle żadnej dyscypliny sportu. Tata był kibicem, ale sam w piłkę nie grał. 

A czy piłkę zaczynał Pan kopać na błoniach? Jak błonia wyglądały przed wojną, czy rzeczywiście pełne były prowizorycznych boisk?

Oczywiście, że tak. Ja chodziłem do szkoły w Krakowie przy ulicy Szujskiego. Była w tym okresie taka akcja, żeby jak najwięcej młodzieży brało udział w rozgrywkach piłkarskich. Na błoniach wymierzone były boiska, powsadzane bramki i młodzi chłopcy rozgrywali tam mecze. Było sporo dzikich drużyn. To był taki spontaniczny społeczny ruch. Czasem przychodzili trenerzy, oglądali zawodników i niektórych zapraszali do gry w klubach. Błonia wtedy odgrywały bardzo ważną rolę.    

Pamięta Pan półkonspiracyjne rozgrywki w czasie wojny?

Tak, były takie rozgrywki, organizowane raczej na peryferiach Krakowa, a nie w centrum. Na przykład w Łagiewnikach, na Podgórzu, na Garbarni. Trzeba było mieć zezwolenie ówczesnych władz niemieckich, nie było to proste, ale przez dwa-trzy lata, odbywały się takie mistrzowskie rozgrywki.
Jeszcze zaraz po wojnie na boisku Wisły były pamiątki z pobytu wojsk niemieckich. Całe boisko było zajęte przez różnego rodzaju samochody, czołgi, wozy opancerzone. To boisko było traktowane jako rodzaj parkingu, zaplecza. Jednak w niedługim czasie wszystko wróciło do normy. Rok 1945 to były jeszcze skrócone rozgrywki, trwały może 4 miesiące. Właściwa rywalizacja zaczęła się od sezonu 45/46. W rozgrywkach w 1946 roku Wisła była w finale, a mistrzostwo zdobyła wtedy Polonia Warszawa. 

Jak Wojna wpłynęła na rozwój Pana kariery i na piłkę nożną w ogóle?

Oczywiście, wojna musiała mieć wpływ na rozwój tej dyscypliny sportu. Niemniej jednak fakt, że w czasie wojny odbywały się różnego rodzaju imprezy spowodował, że ten przeskok nie był taki ogromny. Z drugiej strony - szczególnie pod koniec okupacji - były bardzo restrykcyjne zakazy, trzeba było uważać, były nawet łapanki. Najważniejsze, że piłka nożna trwała mimo okoliczności.



Debiut w pierwszej drużynie zaliczył Pan w 1947 roku?

Tak w 47 miałem już 19 lat i byłem zawodnikiem Wisły. Oczywiście nie takim podstawowym, ale mieściłem się w pierwszej osiemnastce.

Wówczas rezerwowi nie mogli wejść na boisko w czasie meczu…

Tak, był taki przepis, że jeśli piłkarz musiał zejść z boiska, to nie było możliwości zastąpienia go. Grało po prostu 11. Był na przykład mecz, który pamiętam bardzo dobrze, bo nie codziennie przegrywa się 12:0. To było spotkanie w Warszawie z Legią i pech chciał, że od 10. minuty musieliśmy grać w dziesiątkę. Skrzydłowy Marian Morek - który zresztą zmarł tego roku - został kontuzjowany w starciu z obrońcą Legii, Mahselim. Morek mimo wybitego obojczyka, pozostał na boisku, ale drużynie nie za bardzo mógł pomóc. Do przerwy przegrywaliśmy 7:0 i, pamiętam, trener - którym był wtedy Artur Woźniak - próbował nas jakoś zmotywować. W szatni powiedział, że jeśli oni mogli strzelić siedem goli w pierwszej połowie, to my możemy zrobić to samo w drugiej. Skończyło się niestety na 12 i ten wynik był już nawet na 15min przed końcem meczu. Co ciekawe, przy stanie 0:0 - zanim Morek odniósł kontuzję - to my mieliśmy 2 fantastyczne okazje na strzelenie gola. Czasem to tak jest, że jednej drużynie wszystko wychodzi, co strzał to bramka, a przeciwnikom nie wychodzi nic. W tamtym meczu były dwa karne po naszych rękach, dwie bramki samobójcze…

Wróćmy do roku 47 i Pana debiutu w pierwszym składzie Wisły.

To był finał rozgrywek, Wisła zdobyła wtedy chyba wicemistrzostwo. Mistrzem została Warta Poznań. W Krakowie zremisowaliśmy, a na wyjeździe przegraliśmy chyba 2:5

W tych samych rozgrywkach zdobył Pan debiutancką bramkę w meczu z AKS-em Chorzów.

Tak, gol padł po rzucie rożnym, gdzieś tam się zaplątałem, strzeliłem z dystansu i piłka wpadła do bramki.  

Nie ma Pan warunków fizycznych charakterystycznych dla stopera, a właśnie na tej pozycji grał Pan najwięcej?

173 cm, ale byłem dosyć skocznym zawodnikiem.

Jakie były Pana główne walory piłkarskie?

Przede wszystkim ogromna wola walki, często byłem używany, żeby jakiegoś zawodnika zneutralizować. Dla przykładu, jak graliśmy z Ruchem, to byłem wyznaczony do pilnowania Cieślika. Moim walorem było też to, że mogłem grać po obu stronach boiska, w zasadzie nie robiło mi to różnicy. Byłem raczej obunożny. Oczywiście prawa noga była dla mnie zawsze ważniejsza, ale lewej nie używałem tylko do wchodzenia do tramwaju. To była chyba kwestia grania na różnych pozycjach.

Jakie to były pozycje?

W ogóle zaczynałem od ataku, od prawego skrzydła. W 1946 po raz pierwszy zagrałem w podstawowym składzie Wisły. To było na boisku Olszy, graliśmy sparing w ramach przygotowania do sezonu. Trener ustawił mnie wówczas na tej zdecydowanie ofensywnej pozycji.



W 1949 i 50 roku sięgał Pan już po Mistrzostwo Polski. Proszę nam opowiedzieć o tych mistrzostwach i scharakteryzować piłkarzy z tamtej ekipy

Tam było wielu znakomitych zawodników. Począwszy od Mieczysława Gracza, który był napastnikiem wielkiego formatu. Obok niego grał Józef Kohut, zawodnik, którego dziś można by określić mianem prawdziwego „fightera”. Piłkarz bardzo niebezpieczny, choć często sprawiał wrażenie człowieka, którego gra w zasadzie nie interesuje. Przechadzał się po boisku, ale w momencie kiedy była okazja, żeby piłkę przejąć, potrafił do niej błyskawicznie dopaść sprintem. Obrońcom urywał się z olbrzymią lekkością. Z drugiej strony, jak ścigaliśmy się na 100 metrów, to potrafiłem o kilka metrów zastawić go za plecami. On nie był szybki, ale miał niesamowity start do piłki, na dwóch metrach wyprzedzał rywala o metr. Na skrzydle był Kaziu Cisowski, złota nóżka jak go nazywali. Bardzo szybki i waleczny zawodnik, choć z techniką nie zawsze za pan brat. W pomocy był Mieczysław Szczurek, zawodnik, który był znakomitym playmakerem. Widział wszystko, doskonale podawał, był organizatorem gry, przez niego przechodziła każda akcja. Byli też bracia Wapiennikowe. Adam i Jasiu. Adam był starszy, a Jasiu w moim wieku. W bramce Jurowicz – postać legendarna. Bramkarz, który niejednokrotnie znakomicie bronił w reprezentacji Polski.
W tamtych latach trybuny były bardzo blisko boiska. Czasem, kiedy graliśmy na wyjeździe, bywało tak, że Jurowicz był przez kibiców przezywany. Bardzo się tego bał. Można powiedzieć, że był trochę tchórzem, ale bramkarzem był znakomitym i - co ważne - prawie nigdy nie łapał kontuzji. Giergiel był znakomitym technicznie skrzydłowym. Grał jeszcze Rudolf Patkolo, który, co ciekawe, był zawodnikiem z Węgier. Nie wiem jak to się stało, że trafił do Krakowa. W każdym razie z Wisły przeszedł chyba gdzieś do województwa podkarpackiego. To był bardzo dobry technik. 

A trener Kuchynka?    

To był Czech. Bardzo dobry trener, który chyba dwa razy miał nas pod opieką.

A jak było z życiem towarzyskim piłkarzy? To była zgrana paczka również poza boiskiem?

Tak, choć można by ją podzielić na kilka grupek. W zależności od wieku, zamiłowania do alkoholu, bo niestety nie była to rzadkość. Cały szereg zawodników lubiło alkohol, trener musiał nad tym czuwać i reagować. Specem od tego był właśnie Kuchynka. Od razu dostrzegał piłkarza, który przesadził poprzedniego dnia z alkoholem, kazał mu ubierać trzy bluzy i biegać dookoła boiska. Niektórzy piłkarze też wspólnie pracowali. Na przykład Cisowski, Kohut, Mordarski i Gracz pracowali razem w konsumach. Siłą rzeczy musieli się jakoś razem trzymać..

Pan studiował prawo. Jak traktowali Pana koledzy z boiska? Reprezentował Pan trochę inny świat.

W tym czasie się trochę ze mnie podśmiechiwali. Nazywali mnie „studencik”, albo „magister”. Jednak nie wiem, czy skala moich piłkarskich umiejętności, czy umiejętności współpracy, sprawiały, że cieszyłem się w drużynie szacunkiem. Zresztą najlepszym na to dowodem jest fakt, że od 1953 do 1961 roku byłem kapitanem Wisły. Kapitana wybierali zawodnicy przy aprobacie kierownictwa zespołu.

Jak grało się w piłkę 60 lat temu? Czy piłkarze mogli liczyć tak jak teraz na gratyfikacje w postaci premii meczowych i za mistrzostwo? Czy piłkarze cieszyli się wysokim prestiżem społecznym?

Jeśli można uznać za wyższy prestiż społeczny to, że ktoś był znany w środowisku, to tak. Bycie piłkarzem pomagało w każdym razie w codziennej egzystencji, na przykład w znalezieniu lepszego zatrudnienia. W 1949r. za mistrzostwo dostawało się kupon na jakieś materiały, albo walizkę skórzaną robioną gdzieś na terenie zakładu karnego, bo wtedy Wisła była już w Gwardyjskich szeregach. Były czasem drobne pieniądze, ale były tak małe, że można o tym zapomnieć.
Mieliśmy jakieś przywileje, korzyści, ułatwienia przy zakupie różnych trudniej dostępnych artykułów. Konsumy na przykład to były przedsiębiorstwa przy Ministerstwie Spraw Wewnętrznych czy Milicji. Mogliśmy się tam zaopatrzyć w jakiś bardziej atrakcyjny towar. 



Czyli były jakieś korzyści, ale zdecydowanie nie była to zawodowa piłka.

Nie było zawodowstwa. Dziś trudno sobie wyobrazić drużynę, która nie trenowałby cały czas. Wtedy mieliśmy dwa treningi w tygodniu i mecz w weekend. Dziś są czasem dwa treningi dziennie, jeden przed południem i drugi po południu. 

W 49 roku nastąpiła reorganizacja. Wisła zmieniła nazwę na Gwardia.

Tak, w 49 była reorganizacja. Wisła trafiła do zrzeszenia Gwardia, Cracovia na przykład do zrzeszenia „Ogniwo”. To były takie komunalne służby.

A czemu akurat Gwardia?

Ludzie, którzy podejmowali te decyzje, mieli w perspektywie ewentualne korzyści, jakie to za sobą niosło. Zrzeszenie Gwardia było zdecydowanie silniejsze, niż na przykład wspomniane „Ogniwo”. 

Jedna z fam głosi, że władza ludowa chciała zrobić na złość Wiśle, która przed wojną była klubem prawicowym. 

Możliwe, że jest w tym trochę prawdy. Niemniej jednak, o tym, że Wisła została klubem gwardyjskim, zdecydowali ludzie związani z Białą Gwiazdą, a nie z władzą. Z tego, co ja pamiętam, to takim członkiem zarządu - nawet nie wiem czy nie wiceprezesem - był Stanisław Voight, który w tym czasie był również w zarządzie Wisły. Cały szereg ludzi jemu podobnych zadecydowało o tym, że Wisła przyłączyła się do pionu gwardyjskiego. Ja oczywiście nie wiem dokładnie, jak to się stało, ale domyślam się, że wynikało to ze swego rodzaju wyrachowania. Z przynależności do pionu gwardyjskiego wynikały po prostu większe korzyści. Gwardia dawała lepsze możliwości rozwoju i wzrostu.

Czy od momentu powstania Gwardii każdy jej piłkarz musiał przyjąć milicyjną legitymację?

Nie, nie. Często było tak, nie tylko w Wiśle, że piłkarze byli zatrudnieni w milicyjnych oddziałach, w milicyjnych biurach, krótko mówiąc byli na milicyjnych etatach.

Czy znał Pan osobiście Henryka Reymana?

On był kapitanem sportowym w PZPN. Dzisiaj nie ma tej funkcji, dziś jest trener. Poprzednio był taki człowiek, który kierował reprezentacyjnym zespołem. Ja go znałem, spotykałem wiele razy, ale nie mogę powiedzieć, żebyśmy byli zaprzyjaźnieni.

A czy to prawda, że był on trochę dyskredytowany przez ówczesne władze?

Tego nie wiem, ale domyślam się, że mogło tak być. Ówczesne władze niezbyt przychylnym okiem patrzyły na przedwojenne szarże. 



Wspomniał Pan o reprezentacji. Czy był Pan bliski gry w barwach biało-czerwonych i czemu nigdy się to nie udało?

Miałem troszkę pecha jeżeli chodzi o reprezentację. Dostałem raz powołanie, selekcjonerem był wtedy Michał Matyas. Zgrupowanie odbywało się w Gliwicach, ja niestety się wówczas rozchorowałem i nie mogłem w nim uczestniczyć. Następnej szansy już nie dostałem. Kiedyś było mniej meczów na arenie międzynarodowej niż dziś. Niektórzy przez całą karierę rozgrywali tyle meczów, co grający dzisiaj piłkarze rozgrywają w jednym sezonie. Obecnie są też mecze dla zmienników, piłkarzy z  ekstraklasy, dużo większa liczba zawodników ma szansę się pokazać.

Zagrał Pan w wielu meczach derbowych z Cracovią. Któraś z potyczek w sposób szczególny utkwiła panu w pamięci?

Moje wspomnienia są chyba niezbyt prawidłowe, bo zdecydowanie wyraźniej przypominam sobie porażki. Doskonale pamiętam mecz, w którym przegraliśmy z Cracovią u siebie 1:0. Tę jedyną bramkę strzelił garbem Jurek Radoń. Ja go wtedy kryłem, razem wyskoczyliśmy do piłki i tak się złożyło, że jemu ta piłka spadła na plecy i odbiła się prosto do bramki.
Na początku roku były rozgrywane mecze o Puchar Wyzwolenia. Impreza odbywała się co styczeń, były to mecze między Wisłą a Cracovią, raz na stadionie Cracovii, raz u nas. Po każdym meczu był wspólny bankiet. Zresztą wtedy inaczej to wszystko wyglądało. Była taka piękna tradycja, że jak graliśmy na stadionie Cracovii to przebieraliśmy się na naszym obiekcie i razem z kibicami przechodziliśmy na drugą stronę błoń. Dziś piłkarze ten odcinek przemierzają autokarem…


W Wiśle gra wielu obcokrajowców, piłkarzy mało związanych z klubem, niewielu wychowanków. Co Pan o ty sądzi?

To jest rzecz, która niejednego Wiślaka denerwuje, tłumaczy się, że ściągnięcie do drużyny zawodników z Polski jest niemożliwe, bo są oni za drodzy. Ja wolałbym, żeby więcej Polaków grało w Wiśle, ale taka tendencja jest na całym świecie… Często zdarza się też, że wychowankowie Wisły grają w innych klubach ekstraklasy, a nie w Wiśle.

Co Pan robił po zakończeniu kariery? My w książce A. Iwana pt. „Spalony” wyczytaliśmy, że gdy pijany Iwan pobił się z milicjantami w centrum nowej Huty, pomagał mu odkręcać sprawę pułkownik milicji Leszek Snopkowski?

Po zakończeniu kariery byłem we władzach zarządu Wisły i w sekcji piłki nożnej pełniłem funkcje i kierownika i zastępcy kierownika. Poza tym zostałem delegowany przez Wisłę do zarządu Polskiego Związku Piłki Nożnej i byłem tam jakiś czas nawet w prezydium.
Jeśli chodzi o Andrzeja Iwana, to byłem tym, który właściwie ściągnął go do Wisły. Jego ojciec był kibicem Wisły i pracował w Hucie Katowice. Od rozmów z nim zaczął się temat gry Iwana dla Wisły. Pamiętam nawet, że pojechałem do Katowic omówić z nim transfer syna. Iwan był wtedy zawodnikiem Wandy Nowa Huta i stamtąd ściągnąłem go do Białej Gwiazdy, gdy jeszcze był juniorem. To był bardzo inteligentny zawodnik, mimo że nie zdobył wyższego wykształcenia. Czasem przesadzał z alkoholem, ale nie chciałbym wchodzić  w szczegóły…

Czy mógłby Pan na koniec wytypować 11 Pana zdaniem najlepszych piłkarzy Wisły w jej historii, a jeśli nie 11 to przynajmniej najlepszego bramkarza, obrońcę, pomocnika i napastnika wszechczasów.

Na bramce Jurowicz. Obrońcy: Flanek, Musiał, Szymanowski… Ciężko tak wybrać, to są całe pokolenia piłkarzy… Z napastników Żurawski, Iwan, Gracz, Kohut. Rozgrywający może Szymkowiak, on bardzo dużo na boisku widział.  
Jeśli chodzi o drużynę jako całość, to ta , którą trenował Kasperczak na pewno była świetna. Wtedy Wisła była bardzo silna. Wygrywała w lidze czasem nawet po pięć, sześć do zera. To robiło wrażenie. 


BOGNA WILCZYŃSKA


Blog - Kuba Błaszczykowski
Pozostałe blogi
Blog - Justyna Żurowska-Cegielska
Blog - Radwansport
Blog - Karolina Surma
Blog - Tomasz Sarara